Rok cudów. Tak, to chyba najbardziej trafne określenie ostatnich 12 miesięcy. Pierwszą połowę roku spędziłam iście nordycko. Ze szwedzkiej Laponii, w której mieszkałam i zakochiwałam się wyruszyłam na Islandię, a później do Finlandii. Dalej działy się rzeczy, w których prawdziwość nadal powątpiewam. Ostatecznie w 2017 roku odwiedziłam… 18 państw na 3 kontynentach! Takich ledwie przejechanych nawet nie liczę. Choć to nie liczba jest dla mnie najbardziej istotna i imponująca. Najbardziej liczą się wszystkie przeżycia, których doświadczyłam. Jeszcze nie zdążyłam ich przetrawić, bo całość nadal we mnie żyje i pulsuje każdego dnia. Co najlepsze, zrobiłam to wszystko pracując i studiując jednocześnie. Można? Można! Choć nadal nie wiem jak. To było szalenie trudne, ale udało mi się wybrać 10 najlepszych i najważniejszych dla mnie przeżyć, chwil i miejsc 2017 roku. Myślę, że każdy powinien zrobić podobną listę i zacząć zbierać siły na nadchodzący rok. 365 dni w postaci top 10. To będzie ciekawe!

Agnieszka

 Przez pierwszych kilka miesięcy pobytu w Laponii myślałam, że jestem jedyną Polką w okolicy. Wsiąknęłam całkowicie w szwedzkie środowisko. Komunikowałam się wyłącznie po szwedzku, chodziłam do szkoły ze Szwedami, jadałam z nimi posiłki i mieszkałam. Czułam się dość obco na Północy, choć początkowo nie doskwierało mi dogłębne poczucie osamotnienia. Po powrocie z Polski, gdzie spędzałam święta Bożego Narodzenia, zupełnie przypadkiem spotkałam w sklepie w Storuman Agnieszkę, która, jak się okazało mieszka w Laponii już 20 lat! To był przełomowy moment w moim życiu na Północy. Aga okazała się być fantastyczną, ciepłą osobą o szlachetnym sercu. Po tych wszystkich historiach o zawistnych Polakach za granicą nie mogłam uwierzyć, że jest tam ktoś tak po prostu dobry, bezinteresowny i otwarty. Agnieszka pojawiła się na mojej drodze we właściwym momencie. Akurat wtedy, kiedy miałam przejściowy kryzys i czułam się potwornie samotna i niezrozumiana. Dzięki niej spojrzałam na Laponię z zupełnie innej perspektywy i doświadczyłam rzeczy, o których nawet nie śmiałam marzyć. Pokochałam to miejsce. Razem śmigałyśmy po górach i lasach na skuterze śnieżnym, łowiłyśmy ryby z przerębla i… jadłyśmy burrito z łosia 😊. Gdyby nie Agnieszka, nie spałabym w igloo w lapońskich górach, nie jechałabym psim zaprzęgiem i nie odwiedziłabym Icehotelu, o którym marzyłam już od dłuższego czasu. Miałam ogromne szczęście, że mogłam ją poznać 😊.

Dotarcie za koło podbiegunowe i wizyta w Icehotelu

Myśl o przekroczeniu granicy koła podbiegunowego zawsze wydawała mi się strasznie ekscytująca i w pewien sposób magiczna. Wycieczka do najsłynniejszego na świecie hotelu z lodu, który leży niemal  na północnym krańcu Szwecji była dla mnie z tego powodu najbardziej emocjonującym przeżyciem ostatnich miesięcy. Tak wielkim, że opowiadałam wtedy o nim prawie każdej napotkanej osobie… 😉. Może, żeby sama uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Zawsze kiedy oglądałam zdjęcia lodowych komnat, nie mogłam wyjść z podziwu dla ich kunsztu i porażającego piękna. Mówiłam sobie, że na pewno kiedyś tam pojadę i zobaczę cuda na własne oczy, choć miałam świadomość, że to raczej sfera odległych marzeń. Aż tu nagle siedzę w autobusie do Jukkasjärvi! Na miejscu zwyczajnie oszalałam z zachwytu. Nigdy nie podejrzewałam, że z lodu i śniegu można wyczarować coś tak niesamowitego. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy dowiedziałam się, że w tym roku, obok zimowej wersji otworzono pierwszy na świecie CAŁOROCZNY hotel z lodu! Juhuuuu! Biegałam od pokoju do pokoju jak wariatka, żeby wszystko uwiecznić na zdjęciach. Czułam wielki niedosyt i smutek, że nie mogłam tam zostać na dłużej. Icehotel trzeba zobaczyć co najmniej raz w życiu!

Nocleg w igloo

Gdyby ktoś kiedyś zaproponował mi nocleg w igloo to popukałabym się w głowę i zapytała czy wszystko z nim w porządku. Ja? Największy zmarzluch tego świata mam spać w śnieżnej kuli i jeszcze czerpać z tego przyjemność? Nigdy w życiu! No cóż, pół roku w Laponii wystarczyło, żeby diametralnie zmienić moje podejście nie tylko do zimy, ale w ogóle do zimna. Zgadnijcie więc jak zareagowałam, gdy Agnieszka zaproponowała mi nocleg w igloo w lapońskich górach… 😉 Ale to była przygoda! Do naszego śnieżnego, położonego nad zamarzniętym jeziorem przybytku dostaliśmy się skuterami śnieżnymi. Po zrobieniu miliona zdjęć rozpaliliśmy ognisko i delektowaliśmy się gulaszem z renifera (wybaczcie, był pyszny ☹). Cały czas obserwowaliśmy gwieździste niebo i wyczekiwaliśmy magicznego światła Północy. Ujrzenie zorzy polarnej w tych okolicznościach byłoby najpiękniejszym zwieńczeniem tej szalonej eskapady. Udało się! Jestem prawdziwą szczęściarą 😊. Owinięta w turbo gruby śpiwór mogłam zasnąć z uśmiechem na twarzy.

Kuchnia japońska

Gdy ktoś pytał o moją ulubioną kuchnię, to bez wahania odpowiadałam: włoska. Do czasu aż… pojechałam do Japonii 😉. O rany! To był absolutny raj kulinarny! Dzień rozpoczynałam od przesmacznej kanapki ryżowej, której smak nadzienia ze względu na nieznajomość języka japońskiego był dla mnie zawsze wielką niewiadomą. Najbardziej jednak przypadło mi do gustu onigiri z wędzonym łososiem i z pastą z tuńczyka. Jako fanka sushi rozkoszowałam się oczywiście świeżutkimi kawałkami idealnie zrobionego ryżu z łososiem i krewetkami. Odwiedziłam nawet bar, w którym serwowano sushi na „jeżdżących” talerzykach! Będąc w Japonii, spróbowałam po raz pierwszy w życiu okonomiyaki – swego rodzaju placka przyrządzanego na moich oczach. Stół przy którym siedziałam okazał się być jednocześnie rozgrzaną płytą, na której przyrządzano posiłek. Czad! Oprócz tego jadłam też takoyaki – robione na ciepło kulki z kawałkami ośmiornicy. Na deser raczyłam się lodami z o smaku matcha i słodyczami z sosem z czarnego sezamu. Pycha! Niemal wszystko popijałam zimną, zieloną herbatą, którą mogłam dostać w każdym sklepie i automacie. Kuchnia japońska stała się moim faworytem!

Wielki Mur Chiński

Pamiętam, że jeszcze jako dziecko fantazjowałam o wielu odległych zakątkach globu, w tym właśnie o Wielkim Murze Chińskim, nie traktując wtedy tych marzeń jako czegoś zupełnie realnego i oddalonego w niedalekiej przyszłości. Nie sądziłam wówczas, że na przestrzeni kilku lat zacznę podróżować po całym świecie i spełnię swoje najbardziej odjechane pomysły. Nawet w momencie kupowania biletów lotniczych w marcu, uważałam ten wyjazd do Chin i Japonii za  abstrakcyjne przedsięwzięcie. Serio? Ja w kraju kwitnącej wiśni? Na pewno mówimy o tej samej Azji? Do tej pory wydaje mi się, że nie przeżyłam tego wszystkiego naprawdę. Każdy krok postawiony na jednym z 7 cudów świata był trochę odrealniony. Nie mogłam wyprzeć z głowy myśli, że ej, przecież właśnie chodzę po WIELKIM MURZE CHIŃSKIM! Przedziwne, ale uskrzydlające uczucie.

Góry Przeklęte w Albanii

Albania już od dłuższego czasu kusiła mnie swoją dzikością. Wydawała mi się bardzo intrygująca i z ogromnym potencjałem. Początkowo może lekko rozczarować, bo cywilizacyjnie daleko jej do uwielbianej przez turystów Chorwacji czy sąsiedniej Czarnogóry. Skrywa za to miejsca, które zwyczajnie odbierają mowę. Po dotarciu do Gór Przeklętych nie wiedziałam, gdzie właściwie jestem. Krajobraz przypominał raczej Szwajcarię, albo włoskie Dolomity. Jedynie albańskie flagi rozwieszone na klimatycznych chatkach rozwiewały moje wątpliwości. Byliśmy dopiero w połowie naszej bałkańskiejwyprawy, ale ja już wiedziałam, że odnalazłam swoje miejsce. Od razu to poczułam. Usiadłam na schodkach drewnianego domku, który wynajęliśmy i po prostu wpatrywałam się w góry. Uroku dodawało pasące się tuż obok stado owieczek. Góry Przeklęte w Albanii zapadną mi w pamięć jako najbardziej wyjątkowe miejsce na całych Bałkanach. Obłędne widoki, dziko rosnące poziomki i ukochane konie, które są tutaj nierozerwalną częścią krajobrazu. Wrócę tu kiedyś.

Globfoterka w mediach

2017 rok był w pewien sposób przełomowy dla Globfoterki. W marcu udzieliłam drugiego już zresztą wywiadu w szwedzkim radiu. Po powrocie do Polski zaczęłam jeździć w różne zakątki naszej ojczyzny i opowiadać o Laponii z miłością, której już nigdy się nie wyzbędę. Z prelekcją dotarłam do Warszawy, Krakowa i Katowic. Byłam prelegentką na trzech festiwalach podróżniczych: w „Podkarpackim Kalejdoskopie Podróżniczym w Rzeszowie” z takimi gośćmi jak Aleksander Doba, „Ogólnopolskim Spotkaniu Obieżyświatów, Trampów i Turystów” w Rzeszowie i „Nordic Focus Festival” w Gdańsku. Odwiedziłam też Radio Czwórka w Warszawie i Radio Kraków w stolicy Małopolski. Mój artykuł o Icehotelu ukazał się w magazynie „Podróże” – jednym z najpopularniejszych tego typu gazet w Polsce. Jednak najbardziej ekscytującym przeżyciem był udział w programie telewizyjnym „Pokaż nam świat” emitowanym na TVN24. Przedziwne uczucie oglądać siebie na ekranie 😊. Bez wątpienia mogę powiedzieć, że to był rok sukcesów dających mi wielką motywację do kontynuowania tego, co robię.

Safari w Tanzanii

Nic mnie bardziej nie odpręża od oglądania dokumentów przyrodniczych. Nie ma się zatem co dziwić, że największą frajdę w fotografowaniu w podróży sprawiają mi zwierzęta. Pamiętam swoją euforię jak zobaczyłam przebiegającego przed nami liska polarnego na Islandii, albo stado pasących się na zboczach reniferów. Kiedy kupiliśmy bilety do Tanzanii, wiedziałam już, że zrobię wszystko, żeby pojechać na safari. W końcu zobaczę wielkie, afrykańskie koty! Możliwość obserwowania dzikich zwierząt na niemal wyciągnięcie ręki w połączeniu z ikonicznym krajobrazem Afryki była moim spełnieniem marzeń. Leopard wiszący na drzewie, lwia rodzina z malutkimi kociętami, relaksujące się w wodzie hipcie, czy dumnie stąpająca żyrafa – tego nie da się podrobić. Doświadczenie warte każdych pieniędzy.

Rajski Zanzibar

To bardzo trafne określenie dla tej rzuconej na Oceanie Indyjskim wysepki. Nieprzyzwoicie ciepła woda, śnieżnobiały piasek, ogromne palmy kokosowe – nigdy wcześniej nie miałam okazji doświadczyć takiej egzotyki. Z Zanzibaru zapamiętam przede wszystkim pyszne owoce morza (krem z kraba w trawie cytrynowej, albo homar – czysta rozkosz!), przedziwne owoce, gatunek endemiczny małpy w jedynej na wyspie dżungli-lesie Jozani, lekcję gotowania kuchni swahili i fantastyczna kawiarniana dachu budynku w – Stone Town.

San Marino

Mam słabość do mikro państewek. Końcem listopada ubzdurałam sobie, że jeszcze w tym roku dotrę do San Marino. Znalazłam bilety lotnicze w przyzwoitej cenie, poszukałam kompana podróży i zaczęłam wcielać w życie plan na ostatni w tym roku wyjazd. Pomimo paskudnego zatrucia i kiepskiej kondycji zdrowotnej byłam przeszczęśliwa, że udało mi się tam dotrzeć. Wiedziałam, że krajobraz mnie nie rozczaruje 😊. Ba, uznałam go za przecudny! Maleńkie zameczki z których rozpościerał się z jednej strony widok na góry, a z drugiej na Morze Adriatyckie uwiodłyby każdego. Przystrojone śniegiem San Marino wyglądało bardzo urokliwie. Zdecydowanie warto było specjalnie tam jechać!

Comments

comments

2 komentarze

  1. Wow nocleg w iglo??? Extra! 🙂 zycze na Nowy Rok rownie ciekawych podrozy 🙂

Napisz komentarz