Intrygująca. Tak opisałabym książkę szwedzkiej autorki Bei Uusmy, gdybym była zmuszona ograniczyć się do jednego słowa. Ale nie jestem, a o tej pozycji można mówić długo i pięknie. Przede wszystkim dlatego, że „Ekspedycja. Historia mojej miłości” wydana przez Wydawnictwo Marginesy zasługuje na zdecydowanie więcej niż jeden, nawet najlepszy komentarz.

Niespodziewana lektura

Kiedy dostałam powiadomienie, że czeka na mnie przesyłka do odbioru, nie wiedziałam do końca, co w niej znajdę i czego właściwie powinnam się spodziewać. Byłam tym faktem tak podekscytowana, że tuż po odbiorze, nie opuszczając jeszcze poczty rozpakowałam ją i zanurzyłam w niej zniecierpliwione ręce. Wyłowiłam ciężką, błękitną książkę, którą z lekką podejrzliwością momentalnie zaczęłam lustrować. Zarówno autorka, jak i tytuł nie budził żadnych skojarzeń. Dopiero gdy spojrzałam na krótką notkę biograficzną pisarki i rzeczowy opis książki, zrozumiałam, że nie została przypadkowo do mnie wysłana. Szwedka pisząca o wyprawie do Arktyki. To musiało być dobre.

Mimo palących obowiązków nie mogłam powstrzymać się od zatopienia się w jej treść. W końcu temat szeroko rozumianej Północy jest mi od dłuższego czasu szalenie bliski. Zimno, bezkresna i zdaniem wielu mroczno-przytłaczająca przestrzeń zaczęła mnie fascynować kilka lat temu, kiedy na dobre rozpoczęłam swoją przygodę ze Szwecją. Prawie roczny pobyt w Laponii dopełnił i urzeczywistnił jeszcze to zauroczenie, zaszczepiając we mnie pragnienie zatracenia się w tej odurzającej, skandynawskiej pustce. Książka traktująca o jednej z najbardziej zagadkowych w dziejach ludzkości ekspedycji polarnych była więc znakomitym środkiem, za pomocą którego mogłam przenieść się w niebezpiecznie wciągający świat lodu.

Zagadka

Cofnijmy się do lat 90. XIX wieku. Dokładnie 11 lipca 1897 r. rozpoczyna się szwedzka ekspedycja polarna, która jak sama autorka zauważyła, w zasadzie nie powinna była się wydarzyć. Trzyosobowy zespół składający się z Salomona Augusta Andréego, Knuta Frænkela i Nilsa Strindberga wyrusza balonem w stronę bieguna północnego. Badacze dysponujący zapasem żywności, ciepłą odzieżą i bronią pełną amunicji giną jednak bez śladu. Pomimo licznych teorii i spekulacji produkowanych na przestrzeni ponad stu lat, nikt nie wiedział, co tak naprawdę wydarzyło się na zamarzniętym krańcu świata. Aż do teraz.

Nie jestem szczególnie przesądna, nie wierzę też w przeznaczenie, a jednak trudno czasem jest mi odeprzeć myśl, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Historia powstania tej książki, a może raczej początków fascynacji, które zrodziły się w autorce w ciągu jednego wieczora jest zaskakująco banalna. Czasami wystarczy dosłownie chwila, by zapoczątkować coś, co stanie się przedmiotem kilkunastu lat intensywnych poszukiwań i pasji będącej treścią życia. Jedna, nudna impreza i skradziona, zapomniana na regale książka, która wyznacza początek tworzenia własnej ekspedycji.

Droga do prawdy

Dość szybko, w miarę łapczywego połykania książki zrozumiałam, że Bea Uusma jest postacią nietuzinkową – całkowicie oddaną sprawie, która pochłonęła większość jej dorosłego życia. Jej emocjonalne zaangażowanie w chęć rozwikłania tej frapującej setki lekarzy, badaczy i dziennikarzy zagadki jest wręcz uderzające. Zapomniana ekspedycja sprzed ponad stu lat szybko staje się także jej ekspedycją. Autorka jest zdeterminowana, by za pomocą wszelkich środków nakreślić w rzetelny sposób historię ekspedycji, która w niewyjaśnionych okolicznościach zakończyła się sromotną porażką. Kilkukrotnie, z zadziwiającym uporem próbuje dotrzeć tam, gdzie nie dotarł prawie nikt. Chce stanąć dokładnie w tym samym miejscu, w którym po kilkudziesięciu latach od zaginięcia wyprawy odnaleziono obozowisko i szczątki badaczy. Wyspa Biała prześladuje ją przez piętnaście długich lat. Bea Uusma nie zraża się wrogością i niedostępnością miejsca, które trawi wszelkie formy życia przykrywając je złowrogą bielą. Kontynuuje swoją podróż w głąb nie tylko przeszłości, ale może przede wszystkim siebie.

Wszechstronność autorki budzi we mnie szczery podziw. Jako pisarka jest raczej oszczędna w słowach. W jej narracji brakuje podniosłych opisów i udawanego zachwytu. Wyczuwalna jest za to niesamowita relacja, jaką nawiązała z Arktyką. Z biegiem czasu Bea Uusma staje się czwartym uczestnikiem wyprawy, który uważnie śledzi losy pozostałej trójki. Choć jej poszukiwania mogą nieść znamiona obsesji, dla mnie są niesamowitym dowodem na konsekwentność autorki. Nie poddaje się, chociaż zagadka z uwagi na ilość czasu, który upłynął i niedostępność terenu wydaje się być nie do rozwiązania. Odnosi się wrażenie, że w ekspedycji tkwi jakaś niewyjaśniona siła, która wyznacza autorce drogę.

Po części z tego powodu Bea Uusma zdecydowała się na rozpoczęcie studiów lekarskich. Wiedza, którą dzięki temu uzyskała pozwoliła jej dotrzeć do kluczowych dla sprawy informacji. Badała przyczyny tragedii z perspektywy człowieka, który podparł wszystko dowodami, a nie spekulacjami wysnutymi kilkadziesiąt lat wcześniej. To, co w książce jest najważniejsze, to fakt, że autorka nie tworzy historii na nowo, dając upust swoim przemyśleniom, tylko opracowuje ją. Przybliża czytelnikowi tylko to, co da się naukowo, zgodnie z prawdą przytoczyć. Z teoriami, które nawarstwiły się w ciągu kilkudziesięciu lat rozprawia się w profesjonalny sposób, podając stopień prawdopodobieństwa takich wersji zdarzeń.

W wydaniu tej książki istotny jest jeszcze inny talent autorki. Bea Uusma z zawodu jest graficzką, która samodzielnie zilustrowała całą książkę, nadając jej tym samym unikalny charakter.

Jedyna w swoim rodzaju

„Ekspedycja. Historia mojej miłości” to jest dzieło. Zlepek różnych technik, które jako całość prezentują się znakomicie. Mam wrażenie, że w ręku nie trzymam książki, a zgrabnie opracowane akta sprawy, które odpowiadają na pytania, zanim jeszcze zdążę je zadać. Autorka rewelacyjnie przeplata język z zakresu medycyny, historii i geografii własnymi, dotkliwie przejmującymi doświadczeniami. Czytelnik zyskuje dostęp do autentycznych dokumentów, zdjęć zrobionych w 1897 roku podczas wyprawy oraz fragmentów dzienników Augusta Andréego i Nilsa Strindberga. Dzięki osobistym zapiskom najmłodszego uczestnika ekspedycji, w książce pojawia się też wątek miłosny. Czytelnik poznaje prywatne listy Nilsa i historię jego utraconej miłości, która trwa jeszcze kilkadziesiąt lat, a kończy się w chwili śmierci narzeczonej. Dowiaduje się z tabelek jakie panowały warunki atmosferyczne w trakcie ekspedycji, z czego dokładnie składał się dzienny posiłek i w jakiej kondycji psychicznej oraz fizycznej znajdowali się uczestnicy. Autorka w sposób niezwykle rzeczowy i szczegółowy opisuje wszystkie fakty, do których udało się jej dotrzeć w trakcie kilkunastu lat intensywnej pracy. Czytelnik wie, w co konkretnie badacze byli ubrani w chwili śmierci (nie znalezienia szczątków), a dzięki rozrysowanym szkieletom dowiaduje się też jakie części ciała udało się znaleźć i których brakuje. Wszystko zaprezentowane jest w przejrzystej formie wykonanych przez autorkę rysunków i tabeli. Co jakiś czas pojawiają się też fotografie brutalnie surowych krajobrazów Arktyki. Bije z nich przerażająca pustka i wrogość.

Wszystko to sprawia, że książka jest wielopłaszczyznowa. Z jednej strony można potraktować ją jako studium detektywistyczne, z drugiej jako osobistą relację z podróży, a z trzeciej: umiejętną zabawę ilustratora, która oddziałuje na wyobraźnię czytelnika. Wszystko w tej książce zostało starannie dopracowane. Sama autorka przyznała, że jest to „najdroższa książka w historii szwedzkiego wydawnictwa”. Papier, którego użyto w produkcji całego dzieła cechuje się w tym kontekście szczególnie cennymi właściwościami. Arctic White (nawet nazwa współgra z treścią) gwarantuje sztywne, grube i matowe kartki, które idealnie nadają się do wielobarwnego drukowania książek. Wysoka jakość reprodukcji zdjęć jest wyjątkowo ważna w publikacjach, w których odgrywają one duże znaczenie. Strony mają różne tło, czcionkę i jej barwę. Nic w tej książce nie jest oczywiste. Czytelnik nie ma prawa znużyć się lekturą, kiedy ma do dyspozycji tyle form przekazu.

Im dłużej analizuję tę książkę, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że jest to pozycja w pewien sposób genialna. Mam w domu ogromny regał wypełniony przeróżnymi, nierzadko wybitnymi książkami, ale żadna, nawet w niewielkim stopniu nie jest zbliżona do tej. Wciąż pozostaję zaskoczona, że można w tak niesamowity sposób przedstawić zapomnianą historię, która z pozoru powinna zainteresować jedynie znawców tematu. W rzeczywistości jest jednak wręcz odwrotnie. Nawet największy laik po przeczytaniu ekspedycji staje się jej częścią.

Comments

comments

4 komentarze

  1. Faktycznie, intryguje. Twoja recenzja też robi swoje, a mianowicie bardzo zaostrza apetyt.
    I bardzo mi się podoba koncept wydania tej książki – te wszystkie autorskie grafiki, piękne zdjęcia na pewno sprawiają wrażenie, że jesteśmy jakoś tak bliżej autorki. Zdecydowanie zapragnęłam przeczytać/obejrzeć/zasmakować tej historii!

    Pozdrawiam serdecznie!

    • globfoterka Reply

      Prawdę powiedziawszy nie spodziewałam się, że „Ekspedycja” aż tak mnie porwie, ale ostatecznie doszłam do wniosku, że jest rewelacyjna! Wszystko w niej jest takie piękne i nieprzesadzone. Rzadko spotyka się podobne perełki. Mam nadzieję, że trafi kiedyś w Twoje ręce, a wtedy koniecznie podziel się wrażeniami, bo jestem ich bardzo ciekawa. 🙂

      Trzymaj się ciepło!

  2. „Mam wrażenie, że w ręku nie trzymam książki, a zgrabnie opracowane akta sprawy” – to zdanie przekonało mnie, że warto sięgnąć po tę pozycję. Pierwszy raz o niej słyszę, ale poczułam się zachęcona i zapisuję na listę! 😉

    • globfoterka Reply

      Jeśli tylko podczas książkowych zakupów gdzieś na nią trafisz, to bierz i nawet się nie zastanawiaj. 🙂 Gwarantuję, że to będzie dobra inwestycja.

Napisz komentarz