Rok 2004, czwarta klasa podstawówki

Właśnie zakończyłam słodki okres pierwszych lat w szkole. Teraz to dopiero zaczyna się prawdziwe, poważne życie! Raptem kilkadziesiąt metrów dzieli mnie od tego dużego budynku, w którym uczy się moja o cztery lata starsza siostra i inni starsi = fajni ludzie. Pierwszy, dotkliwy dramat w moim niedługim życiu rozgrywa się wtedy, kiedy dowiaduję się, że zdecydowana większość koleżanek i kolegów z którymi spędziłam poprzednie trzy lata i z którymi byłam tak bardzo zżyta idzie do innej klasy niż ja. Nie mogę w to uwierzyć. Wszystkie przyjaciółki z ukochanego zespołu-wokalno tanecznego do którego należałam będą razem, a mnie wrzucono do grupy z w pewien sposób zupełnie obcych mi ludzi.

Drugi dramat przeżywam niedługo później, kiedy dowiaduje się, że ta fajna klasa ze starą paczką (beze mnie ☹) wylosowała język angielski, a moja… niemiecki. Cóż za okrutne zrządzenie losu! Już wtedy mój mały móżdżek wiedział, że właśnie ważą się jego losy w perspektywie długich kilku lub nawet kilkunastu lat. No bo przecież angielski to taki światowy język, który daje tyle możliwości rozwoju! A oni właśnie mnie ograbiają z szansy nauczenia się go i wciskają mi jakiś paskudny niemiecki. Nie wiem czy kierowała mną podświadomie wpojona niechęć do Niemiec, ale informację, że będę uczyć się TYLKO tego języka przez kolejnych, co najmniej sześć lat przyjęłam jak najgorszą niesprawiedliwość tego świata.

Rok 2006, szósta klasa podstawówki

Rosnę na wyjątkowo upartą, zdeterminowaną dziewczynę, która zawsze ma swoje, często niezgodne z otoczeniem zdanie. Ale nie jestem klasycznym przykładem buntowniczki, bo jednocześnie świetnie wpisuję się w ramy świadectw z najwyższą średnią i wzorowego zachowania. O zgrozo, niemiecki jest jednym z moich dwóch ulubionych przedmiotów, więc niezbyt intensywną naukę traktuję jako rodzaj zabawy. Wygrywam nawet konkursy piosenki niemieckojęzycznej!  Wtedy też zaczynam po raz pierwszy myśleć o wczesnej przeprowadzce do Krakowa. Ba, po prostu postanawiam sobie, że po gimnazjum opuszczę Bieszczady i wyjadę do świata wielkich możliwości.

Rok 2008, druga klasa gimnazjum

Jestem całkowicie skoncentrowana na dotychczas największym przedsięwzięciu swojego życia. Do moich rodziców dociera, że szalony pomysł z podstawówki traktuję jak najbardziej poważnie i że w zasadzie nic nie powstrzyma mnie od jego realizacji. Stoję przed trudnym wyborem dalszej ścieżki edukacyjnej. Muszę znaleźć coś naprawdę wyjątkowego, czego nie ma ani w oddalonym o 50 km Sanoku, ani znacznie większym, leżącym dwa razy dalej Rzeszowie. Marzę o szkole aktorskiej, ale nie mam serca obciążać rodziców comiesięcznym czesnym w wysokości kilkuset złotych przez kilka lat. Wybieram więc jedno z najlepszych wtedy liceów ogólnokształcących w Polsce, które na tle innych szkół wyróżnia się przede wszystkim językami obcymi. Jego głównymi filarami są wykładówka hiszpańska oraz angielska (wszystkie przedmioty odbywają się w tych językach) i DSD II, czyli specjalny, poszerzony program języka niemieckiego, który kończy się zdawaniem międzynarodowego egzaminu na poziomie C1. Dla porównania: taki sam stopień znajomości języka uzyskuje się po trzech latach studiów licencjackich na filologii germańskiej 😉.

Rok 2009, trzecia klasa gimnazjum

Jestem tak zafiksowana na punkcie przeprowadzki do Krakowa, że po prostu nie wyobrażam sobie innego scenariusza. Biorę udział w olimpiadach przedmiotowych, konkursach muzycznych, jestem przewodniczącą całego zespołu szkół, chodzę na prywatne zajęcia z kilku przedmiotów. Robię dosłownie wszystko, żeby dostać się do prestiżowego liceum. Język niemiecki staje się głównym motywem tego cholernie trudnego do osiągnięcia celu. Poziom zajęć w szkole jest opłakany ze względu na baardzo obniżone motywacje grupy. Książki pokroju Der, Die, Das w których jest więcej obrazków niż treści też nie sprzyjają większym ambicjom. Dzięki indywidualnej pracy ze świetną nauczycielką z gimnazjum i prywatnym zajęciom zaczynam przerabiać materiał, który teoretycznie powinnam poznawać dopiero w liceum. Muszę się naprawdę spiąć, bo już wkrótce czeka mnie egzamin wstępny w Krakowie, który powinnam zdać na poziomie B2, żeby zostać przyjęta. Tylko jak przeskoczyć z poziomu „Ich heiße Emilia, ich bin 16 Jahre alt und ich komme aus Ustrzyki Dolne” na poziom swobodnej komunikacji na temat np. globalnego ocieplenia?

Rok 2010, końcówka trzeciej klasy gimnazjum

Jadę do Krakowa stoczyć decydującą walkę z językiem niemieckim. Nawet nie kryję przerażenia. Zwłaszcza, że na okropnie długiej liście tematów i zagadnień, które obowiązywały mnie do egzaminu, znajdują się też takie, których nie zdążyłam nawet liznąć. Globalizacja, polityka, technologia, gospodarka i wszystko inne, co wydaje się skomplikowane nawet w ojczystym języku. Efekt jest taki, że niektórych zadań nawet nie tykam, bo albo nie rozumiem poleceń, albo dostaję padaki na widok tekstu z lukami pt. „Niemieckie kolonie w Afryce”. Ale walczę dalej, choć z coraz mniejszą wiarą w sukces.

Rok 2010, pierwsza klasa liceum

Zdałam ten egzamin! Co prawda jednym punktem, ale zdałam. Zostaję też przyjęta do liceum językowego, więc wszystko wygląda na to, że dopięłam swego i osiągnęłam cel do którego dążyłam przez kilka lat. Wbrew swoim naturalnym predyspozycjom wybieram profil biologiczno-chemiczny, zamiast humanistycznego. Koszmar, który sama sobie zgotowałam mogę podsumować tylko w ten sposób: przynajmniej wiem czego NIE chcę robić w życiu 😉. Dopiero teraz zaczynam mieć też język angielski. Na niemieckim czuję się jak półgłówek. Pozostali uczniowie skończyli w Krakowie szkoły z tym samym programem DSD I na wymaganym poziomie B2. Albo mieli styczność z językiem niemieckim już we wczesnym dzieciństwie. Dla nich DSD II na poziomie C1 jest po prostu logiczną kontynuacją, dla mnie – kolosalnym przeskokiem. Na pierwszych zajęciach z native speakerem umieram ze stresu, bo pierwszy raz mam okazję rozmawiać z Niemcem i w dodatku nie potrafię wydukać zdania. Ale zabieram się ostro do pracy i jeszcze w tej samej klasie zajmuję drugie miejsce w Małopolskim Konkursie Recytatorskim Poezji i Prozy Niemieckojęzycznej.

Rok 2011, druga klasa liceum

Zmienia się nauczyciel. Jest bardzo skuteczny, ale niestety jego skuteczność polega na stosowaniu mobilizującej krytyki. Wielokrotnie czuję się na tych zajęciach jak nic niepotrafiąca, bezwartościowa dziewucha z pipidówy. Zauważam jednak, że im bardziej mnie rani, tym bardziej staram mu się udowodnić, że jednak nie ma racji. Ocieram łzy, zaciskam zęby i uczę się jeszcze więcej niż zwykle. Aż trafiam na tydzień do niemieckiej rodziny, która bierze udział w wymianie szkolnej organizowanej pomiędzy naszym liceum, a gimnazjum pod Heidelbergiem. Rodzice przydzielonego mi partnera z wymiany są zachwyceni moim niemieckim. W ciągu całego tygodnia nie wypowiadam w tym domu ani jednego słowa po angielsku, czy po polsku. Wykorzystuję każdą, możliwą okazję, żeby komunikować się po niemiecku i nie zrażam się faktem, że nie zawsze równie dobrze wszystkich rozumiem. Po powrocie do szkoły w Krakowie znowu czuję się gnojona, ale naładowana dobrą energią i doświadczeniami z Niemiec po prostu puszczam to mimo uszu 😉.

Rok 2012, trzecia klasa liceum

Raptem kilka miesięcy zostało do decydującego egzaminu DSD II, który miał być i jest moim głównym celem do osiągnięcia w trakcie liceum. Siedzę po nocach z gramatyką języka niemieckiego skupiając całą swoją energię na jednym marzeniu. Niedługo później mam też zdawać maturę z rozszerzonego polskiego, który nie jest moim głównym przedmiotem, z rozszerzonej biologii i niemieckiego. Tempo jest więc tak szalone, że czuję, że niedługo po prostu wypadnę z tej karuzeli wielkich ambicji. Po wyjątkowo trudnej walce zdaję wszystkie części egzaminu na C1. Nawet nauczyciel niemieckiego przyznaje mojej mamie, że nie spodziewał się po mnie tak dobrego wyniku. No cóż 😉. W końcu mogłam go naprawdę zaskoczyć. W ciągu kilku lat zrobiłam gigantyczny postęp i udowodniłam, że da się zrealizować ambitne cele, z których inni się śmiali.  Dzięki temu certyfikatowi mogę studiować na niemal każdej uczelni niemieckojęzycznej bez konieczności zdawania egzaminów wstępnych. Nigdy wcześniej i nigdy później nie dążyłam do czegoś tak mocno jak do liceum w Krakowie i do zdania tego egzaminu. Czułam się niepokonana.

Rok 2013, trzecia klasa liceum

Zamykam trzy lata, które wywróciły mój świat do góry nogami. Składam papiery na trzy kierunki, które nijak mają się do mojego profilu z liceum. Wszystkie są na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie, choć mocno rozważam też Gdańsk. Waham się pomiędzy filologią rosyjską, szwedzką i niemiecką. W przypadku tej ostatniej plan jest taki, że przez rok będę studiować germanistykę w Krakowie, a później wyjadę na studia do Niemiec lub Austrii, gdzie chwilę pomieszkiwałam. Mama zaczyna już nawet sprawdzać wszystkie formalności i rozglądać się za uczelniami dla mnie.

Rok 2013, pierwszy rok studiów

Nie dostałam się w pierwszej rekrutacji na filologię szwedzką, więc idę na zajęcia z germanistyki, żeby wcielić w życie mój główny plan. Tego samego dnia zauważam w systemie podświetlony na zielono pasek z filologią szwedzką, który oznacza nic innego jak to, że zostałam przyjęta! Wybiegam z budynku, zostawiając w nim swoją dobrą koleżankę Jolę i pędzę do sekretariatu Instytutu Germanistyki. Zabieram swoje papiery z filologii germańskiej i przechodzę do biurka tuż obok, gdzie siedzi pani z filologii szwedzkiej. Teraz muszę tylko szybko dostarczyć najważniejsze dokumenty i… ahoj skandynawska przygodo!

No tak. Ale nie do końca wiem jak i gdzie je zdobyć, więc po bieganiu w tę i we w tę, słaniając się na nogach z głodu, stresu i zmęczenia wracam z płaczem do sekretariatu i mówię z rezygnacją, że ja jednak zostaję na germanistyce. Ohh… jak dobrze, że Pani Bogusia z sekretariatu, mój Anioł tych studiów, złapała mnie wtedy za rękę i spokojnym tonem powiedziała „Pani Emilko, niech Pani nie rezygnuje, przecież marzyła Pani o tych studiach”. Tak naprawdę to nie marzyłam, ale zaufałam jej słowom, zebrałam w sobie ostatnie pokłady energii i chwilę później siedziałam już na zajęciach szwedzkiego wypowiadając swoje pierwsze, koślawe „Jag heter Emilia”. Chciałam zrobić coś nowego w życiu i zająć się czymś zupełnie… pojechanym. Po dowiedzeniu się, że na jedno miejsce było wtedy aż 11 chętnych, jeszcze bardziej ucieszyłam się ze znalezienia się w tej niewielkiej, 30-osobowej grupce początkujących szwedofilów.

Rok 2017, czwarty rok studiów

Jest końcówka zimy. Siedzę właśnie w aucie ze Szwedką, jadąc 800 km ze szwedzkiej Laponii do położonej niedaleko Sztokholmu Uppsali. Alexandrę poznałam w trakcie swojego stypendium naukowego na północy i od razu obdarzyłam ją sympatią. Dlatego dosłownie w jeden wieczór postanowiłam, że przejadę z nią połowę Szwecji następnego dnia. Alex po kilku godzinach jazdy zapytała co będę robić jak już wrócę do Polski. A ja, wpatrując się wtedy w kojący krajobraz Skandynawii wymyśliłam nagle, że… będę studiować w Niemczech. Mój niemiecki niesamowicie zubożał, a w zasadzie zniknął w ciągu kilku lat nieużywania go. Na studiach byłam zwolniona z zajęć na podstawie tego samego certyfikatu DSD II i oczywiście bezmyślnie z tego faktu skorzystałam. Spontaniczny pomysł stał się moim kolejnym, ważnym celem, który zamierzałam już niedługo wcielić w życie.  To była w zasadzie ostatnia okazja, żeby dać losowi jeszcze jedną szansę na dokonanie tego, z czego zrezygnowałam kilka lat wcześniej 😊.

2017, czwarty rok studiów

Zamiast pójścia na łatwiznę i wybrania nowego, nieskomplikowanego języka, decyduję się na wybitnie trudny powrót do niemieckiego. Z rozpaczą odkrywam, że niemal wszystko, czego kiedyś tak intensywnie się uczyłam zostało wyparte przez szwedzki. Ale mając w głowie perspektywę semestru na uczelni w Bonn, przezwyciężam niechęć i po raz kolejny idę na zajęcia z niemieckiego. Umierając przy tym ze stresu i czerwieniąc się jak burak, kiedy dociera do mnie, że mój poziom jest żenująco niski na tle innych osób, które nie miały takiej przerwy. Nie mogę jednak teraz się poddać, więc po prostu staram się jakoś przetrwać ten rok.

2018, piąty rok studiów

Dzisiaj mija miesiąc odkąd jestem w Niemczech. Zaprowadziła mnie tutaj niedająca się w żaden sposób wyjaśnić determinacja. Jak jest? Ciężko. Na początku nie mogłam uwierzyć, że sama zafundowałam sobie taką dawkę stresu i znowu ściągnęłam na siebie lawinę trudności. Po co? Niestety mój niemiecki nie aktywował się cudownie pod wpływem ponownego zetknięcia się z tym krajem i kulturą. Choć ku wielkiemu zaskoczeniu zakwalifikowałam się po trudnym teście do grupy z niemieckim na poziomie C1.1 😉. Tęsknię okropnie za Szwecją i niemal codziennie oglądam szwedzkie programy. Studia w Niemczech dość szybko uświadomiły mi, że tych pięć lat temu podjęłam właściwą decyzję. To szwedzki jest moją drogą… 😊 Choć gdyby 14 lat temu moja klasa wylosowała język angielski, a nie niemiecki, pewnie nie byłabym teraz w tym miejscu, w którym jestem . Niczego nie żałuję. Nie sądziłam, że początek w Niemczech będzie tak trudny i że tak bardzo będę marzyć o powrocie do domu. Nadal nie jest super lekko, ale czuję satysfakcję, że nie poddałam się i podjęłam kolejne wyzwanie, które pomimo że daje w kość, na pewno będzie bardzo rozwojowe. W końcu żyje się tylko raz.

7 komentarzy

  1. Mi przypadło ostatnie szczęśliwe miejsce w rekrutacji na skandynawistykę, więc zabrałam papiery z innych kierunków, po czym w pierwszym dniu zajęć okazało się, że przypasowano nas do linii językowych na podstawie miejsc na liście. I trafiłam na język na który nie chciałam trafić… Żałuję, że nie zrezygnowałam, ale przeżyłam licencjat i na magisterkę wybrałam się już na coś innego 😀

    • globfoterka Reply

      O rany! To było w Gdańsku, prawda? O jakim języku myślałaś, a jaki Ci przydzielono? Niezła historia :P.

  2. Dzięki za ten wpis! 🙂
    Obserwuję Twojego bloga od dłuższego czasu, okropnie podziwiam Cię za odwagę, pracowitość (kolejny raz udowodniłaś, że ostro zasuwasz, żeby mieć to co masz) i determinację. A czytając tego posta to jakbym czytała w 80% o sobie. Również mogę się pochwalić poziomem C1, na DSDII. Też przyszłam do liceum w Krakowie z małego miasta, z poziomem niemieckiego w ogóle nieporównywalnym do ludzi po programie DSDI (nawet nasz podręcznik Der,Die,Das się zgadza!). W listopadzie pierwszej klasy byłam tak załamana, że chciałam zrezygnować z programu, a nie zrobiłam tego tylko dlatego, że w grupie zaawansowanej zabrakło miejsc, więc musiałabym iść od początku. Więc spięłam pośladki, płakałam po nocach, postawiłam rodziców do pionu, żeby zmienić język komunikacji między nami… i oto jestem. Z dyplomem w ręce i ogromną teczką z MK na półce 🙂 !

    A jak już jesteś w Bonn to polecam ciasteczka korzenne z kawiarni przy Steinke Institut, niedaleko uniwersytetu 😀 Spędziłam tam fantastyczne wakacje w lipcu/sierpniu 2012 i 2013, w ramach „przygotowania” do tegoż egzaminu na grudzień 2013 🙂

    Pozdrawiam i powodzenia <3

    • globfoterka Reply

      Wielkie gratulacje! Cieszę się, że się nie poddałaś. Po Twoich słowach poczułam solidarność i dumę z Ciebie :). Zapracowałaś sobie na to. Tak trzymaj!

      Dziękuję za miłe słowa i za rekomendacje ciasteczek! Na pewno tam zajrzę :).

      Również pozdrawiam i trzymam kciuki za Ciebie i dalsze cele! :*

  3. Wow, ale pasjonująca ścieżka edukacji 🙂 Super! Mega determinacja 🙂 Dalszych sukcesów!!! 🙂

Napisz komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.