Z uwagi na ograniczony budżet zdecydowaliśmy się na możliwie najtańszą ofertę wyjazdu na safari. Wiązało się to z pewnym dyskomfortem i zrezygnowaniem z luksusów, których można zaznać nawet w środku dziczy, uiszczając oczywiście odpowiednio wysoką opłatę. My nie odczuwaliśmy takiej potrzeby, więc bez chwili zastanowienia i żalu przyjęliśmy do świadomości nieco ascetyczny wymiar tej wycieczki. Zgodnie z hasłem, które usłyszeliśmy już pierwszego dnia – „Jest wyboiście, jest brudno, ale to przygoda!” zaakceptowaliśmy zastane warunki i cieszyliśmy się z samej możliwości znalezienia się na takiej wycieczce. Zresztą, sam zobacz jak naprawdę wyglądają noclegi i jedzenie na safari i czy faktycznie jest to coś, czego trzeba się obawiać ;).

Nie ma spania!

Będąc na safari trzeba psychicznie przygotować się na dość wymagające i męczące po pewnym czasie okoliczności. Pobudka odbywa się zazwyczaj wcześnie rano, w okolicach godziny 5:30, kiedy na zewnątrz jest jeszcze zimno i ciemno. Wczesne pobudki, choć trochę uciążliwe, pozwalają podziwiać przepiękne wschody słońca, kiedy horyzont mieni się różnymi kolorami. Dla takich widoków zawsze warto się poświęcić :).

Tak naprawdę im wcześniej się wyjedzie z campingu, tym lepiej, bo można zobaczyć świat przyrody w zupełnie innym świetle. Mając szczęście, trafi się na polowanie drapieżników i będzie się świadkiem makabrycznych, ale w pewien sposób ekscytujących scen. Większą część dnia spędza się na jeżdżeniu po parku i szukaniu zwierząt. W miejscach, takich jak Tarangire nie jest to szczególnie trudne, bo na stosunkowo niewielkiej przestrzeni gromadzą się duże stada różnorodnych gatunków. Późnym popołudniem zmierza się już w stronę campingu, żeby w blasku zachodzącego słońca rozbić namioty (zazwyczaj 2-osobowe).

Mrożący krew w żyłach goście, którzy grasują tuż obok namiotu…

Najzwyklejsze pola namiotowe oprócz tego, że są najtańsze, oferują też najbliższy kontakt z naturą i zwierzętami. Można przez to rozumieć dziesiątki gatunków insektów i szczury w jadalni (dosłownie), ale też… niezapodziewanych gości buszujących w śmieciach tuż obok Twojego namiotu. Dokładnie tak było na polu namiotowym Seronera położonym w sercu najsłynniejszego w Tanzanii parku narodowego – Serengeti.

Obudziłam się w środku nocy i usłyszałam ostre demolowanie kubłów ze śmieciami. Chwilę później doszedł do tego bardzo charakterystyczny dźwięk, który dobrze kojarzyłam z filmów przyrodniczych BBC Earth. To były HIENY! Jeden wandal nawoływał bandę kolejnych bandziorów. Mój zaspany mózg ubzdurał sobie, że na pewno napadną na nasz namiot i ukradną… niezjedzoną wcześniej kanapkę. Leżałam nieruchomo przez moment i pomimo towarzyszącego mi strachu zastanawiałam się nad tym, jak fajnie byłoby je teraz uwiecznić na zdjęciach ;). Po chwili odpłynęłam i śniłam o hienach, które robią rozróbę na campingu i kradną ludziom kanapki i inne przysmaki, których ci nie chcieli oddać po dobroci. Następnego dnia okazało się, że nikt z naszej grupy (oprócz przewodnika i mnie) nie zarejestrował nocnej wizyty hien. Ale dowody były niepodważalne… Kilka doszczętnie rozszarpanych worków i kupa rozniesionych śmieci. Po kanapkę jednak nie przyszły ;).

Dziki, acz towarzyski zwierz składa niespodziewaną wizytę

Kolejną noc spędziliśmy na campingu Simba na obrzeżu krateru Ngorongoro. Sceneria była zdecydowanie najpiękniejsza ze wszystkich, w jakich mieliśmy okazję tymczasowo mieszkać. Pomimo kryzysu wynikającego ze zmęczenia, które mnie wtedy dopadło od razu rozpromieniłam się na widok wspaniałego drzewa i otaczającego nas krajobrazu. Poza tym wyobraź sobie coś takiego: wychodzisz spod prysznica (jeszcze nie wiesz, że była ciepła woda i cieszysz się, że udało Ci się umyć w dwie minuty) i widzisz ogromnego, dzikiego słonia z imponująco długimi kłami, który stołuje się obok damskiej toalety. Pan Słoń ponoć regularnie, zazwyczaj późnym popołudniem, przychodzi do campingowiczów w odwiedziny. Generalnie nic nie robi sobie z obecności ludzi, ale kiedy ci podchodzą zbyt blisko i przekraczają jego granicę prywatności – zaczyna lekko szarżować w ich kierunku. Wtedy cała grupka paparazzi rzuca się pędem do ucieczki. Nie przeszkadza im to jednak wrócić po chwili i znowu wyciągać telefony;). Jeden turysta śmiał się z nich, mówiąc „to przecież tylko słoń”. Kiedy nikogo oprócz mnie nie było w pobliżu, sam podszedł za blisko zwierza i uciekał po chwili w popłochu. Ale to przecież tylko słoń, prawda? ;).

Luksus w wydaniu safari

Jedną noc spędziliśmy w polowym namiocie z łóżkiem i prowizoryczną, prywatną łazienką w ośrodku Sunbright Lodge. Musimy przyznać, że byliśmy zaskoczeni standardem takiego rozwiązania. Własna toaleta w namiocie? W dodatku z ciepłą wodą, której w Tanzanii praktycznie nie zaznaliśmy? Tego jeszcze nie widzieliśmy! Każdy domek miał swoje wyjątkowe imię. Nam przyszło mieszkać w takim, który nazywał się „Święta Bożego Narodzenia”. Czyli można powiedzieć, że okres świąteczny spędzony w tropikach mamy już za sobą ;). W środku były różne konfiguracje łóżek. My dostaliśmy jedno duże, choć widziałam opcje z dwoma, a nawet trzema osobnymi. Łazienka była bardzo klimatyczna i komfortowa jak na takie warunki. Nad łóżkiem znajdowała się oczywiście moskitiera, która jest swego rodzaju standardem w Tanzanii.

Jedzenie na safari, czyli polowy repertuar kuchenny

W finalną cenę safari wliczone jest pełne wyżywienie w trakcie całego pobytu. Na wycieczce praktycznie cały czas obecny jest kucharz, który serwuje swoim gościom ciepłe posiłki. Czasami zamiast zjedzonego przed rozpoczęciem wyjazdu śniadania, otrzymuje się gotowe lunch boxy, w których znajduje się owocowy soczek, owoc, kanapka, herbatniki, skrzydełko kurczaka, frytki/naleśnik/samosa lub inna przekąska. Może nie jest to szczególnie apetyczny zestaw, ale w zupełności wystarcza, żeby zaspokoić głód. Na pikniku trzeba bardzo uważać na małpy, które po prostu czekają na moment nieuwagi i bezczelnie kradną jedzenie nie tylko ze stołu, ale nawet z  naszych rąk. Lepiej w takiej sytuacji odpuścić niż zostać pogryzionym. Równie cwane bywają ptaszki, które podlatują i próbują porwać nasze kanapki. W nocy z kolei lepiej nie trzymać w namiocie jedzenia, bo nawet najzwyklejsze krakersy mogą zwabić nieproszonych gości.

Na śniadanie dostawaliśmy zazwyczaj hiszpańskiego omleta, parówki, naleśniki i owoce. Obiad składał się z trzech dań. Na przystawkę była całkiem smaczna, gęsta zupa (którą później uznaliśmy za produkt instant), na główne ryż/makaron/ziemniaki, jakieś mięso, np. gulasz wołowy, bywała też ryba i wegetariańskie przysmaki (np. quiche), a na deser świeży ananas, arbuz, albo inne owoce. Do picia była herbata, kawa lub woda, do której mieliśmy stały dostęp w trakcie całego wyjazdu. Posiłki spożywaliśmy razem w jadalni z innymi uczestnikami wycieczek. Większość dostawała podobne zestawy, choć zdarzały się takie grupy, którym przysługiwało w cenie piwo, coca-cola i trochę więcej luksusu niż reszcie. W stołówce na campingu w Serengeti biegały całe rodziny szczurków, które po opuszczeniu stołu przez ludzi wyjadały najsmaczniejsze kąski. W przeciwieństwie do innych zwierząt wyjadały to, co człowiek sam zostawił, i nie dokonywały zuchwałych kradzieży. Wolałam nie zaglądać do kuchni i nie widzieć w jakich warunkach przygotowywane jest jedzenie, albo co tam  biega ;).

Tekst i zdjęcia: Emilka

Jeśli chcesz dowiedzieć się kiedy i dokąd pojechać na safari + zobaczyć gotową listę rzeczy do zabrania, to przeczytaj ten tekst: http://www.globfoterka.pl/safari-dla-kogo-gdzie-i-kiedy/

Jeśli chcesz dowiedzieć się ile kosztuje safari i jak wybrać najlepszą ofertę to przeczytaj ten: http://www.globfoterka.pl/ile-kosztuje-safari-i-jak-wybrac-oferte/

Comments

comments

1 Komentarze

Napisz komentarz