Pomimo że na tle większości europejskich stolic Reykjavik ze swoimi 120 tys. mieszkańców jawi się raczej jako małe miasto, to dla Islandczyków jest to wręcz metropolia. Ponad 200 tysięcy obywateli zamieszkujących okręg stołeczny stanowi 3/5 populacji kraju!
Koniecznie trzeba przejść się po najbardziej popularnej ulicy Laugavegur, przy której nie brakuje wszelkiego rodzaju pubów, barów i sklepików. Co nie powinno dziwić w Reykjaviku jest największy wybór pamiątek na całej wyspie. Zresztą gadżety są tak pomysłowe i ekstrawaganckie, że asortyment w najbardziej popularnych europejskich miastach blednie w trybie natychmiastowym.
Za symbol miasta uchodzi charakterystyczny kościół Hallgrímskirkja, którego projekt zostały zainspirowany bazaltowymi kolumnami, których nie brakuje w krajobrazie Islandii.
Za bezbłędną perełkę architektoniczną uznaliśmy jednogłośnie Harpę. Absolutnie fantastyczna opera hipnotyzuje swoim nietuzinkowym wyglądem. Godzinami można ją fotografować zarówno z zewnątrz – wraz z porą dnia mieni się różnymi kolorami, zmieniając nieco swój układ – jak i od wewnątrz, gdzie kreatywne oko dostrzeże dziesiątki różnych perspektyw, wdzięcznie „leżących” w kadrze.
DSC_0111h
Z innych ciekawszych atrakcji stolicy można wymienić Muzeum Fallologiczne, na którego ekspozycję składa się ponad 200 członków należących do zarówno najmniejszych jak i największych ssaków 🙂
Warto podjechać do kompleksu Perlan, który znajduje się poza centrum. Sam budynek nie jest szczególnie ciekawy, chociaż bawić może fakt, że dysponuje własnym, sztucznym gejzerem. Za to rozpościerający się z tarasu widok na Reykjavik i okolicę całkowicie rekompensuje stracony jakby się wydawało czas.
Otwierany w każdy weekend pchli targ Kolaportið warto odwiedzić, żeby pokręcić się trochę między Islandczykami grzebiąc w sprzedawanych przez nich płytach muzycznych, ubraniach, książkach i innych różnościach.
Nie mając świadomości, że przypadający na trzeci weekend sierpnia Reykjavik Marathon i Noc Kulturowa (Menningarnótt) obejmuje nasz pobyt w stolicy, zostaliśmy bardzo pozytywnie zaskoczeni bombardującą ilością rozrywek i atrakcji. Skorzystaliśmy z darmowej kawy (w deszczową pogodę smakowała jak napój bogów). Dostaliśmy też kleinury – islandzki rodzaj faworków – oraz gofry posmarowane islandzkim dżemem. W kościele odbywał się festiwal muzyczny i można było posłuchać występujących chórów, także zagranicznych. Na ulicach co kilkanaście metrów odbywały się koncerty rockowe, didżeje rozkręcali imprezy, a fani hip hopu bawili się przy lustrzanej kuli, oglądając pokazy taneczne. Przez całą dobę miasto kipiało energią.
Jeśli mamy w zapasie kilka godzin przed udaniem się na lotnisko, warto wpaść do Keflaviku, żeby poznać trollicę o imieniu Skessa. Potężna figura trolla została umieszczona w specjalnej jaskini z zewnątrz przypominającej chatkę. Stwór głównie śpi, ale niemiłosiernie przy tym chrapie, mlaska, a czasami… beka. Obok znajduje się niewielki port. Z bezpłatnych atrakcji należy wymienić Duushus, który zawiera m.in. ogromną i ciekawą kolekcję modeli statków. Można też tutaj poznać historię regionu, obejrzeć autentyczne przedmioty codziennego użytku z poprzedniego stulecia, czy dowiedzieć się więcej o islandzkiej florze i faunie.
DSC_0376
Akureyri nieoficjalnie (a w niektórych kręgach oficjalnie) nazywane jest islandzką stolicą północy i mogę śmiało przyznać, że bezsprzecznie na to miano zasługuje. W centrum miasta największą uwagę zwraca kościół Akureyrarkirkja. Jeśli wcześniej odwiedziliśmy Reykjavik i sławetną świątynię Hallgrímskirkja, to budynek sakralny górujący nad Akureyri wyda nam się bardziej niż znajomy. Kryje się za tym wspólny dla obydwu świątyń, islandzki architekt Guðjón Samúelsson. Pomimo odważnego projektu, wnętrze kościoła może zaskakiwać prostotą i minimalizmem. Samo miasto zyskuje na uroku ze względu na całkiem spory, jak na islandzkie możliwości ogród botaniczny (wstęp jest bezpłatny). Oświetlony maleńkimi lampkami i ozdobiony uroczymi altankami zaprasza na spokojny, leniwy spacer w otoczeniu przyrody.
Akureyri oprócz miejskiej wersji urokliwej scenerii uwiodło nas wyśmienitą kuchnią. To tutaj, po siedmiu dniach poszczenia i żywieniu się głównie w islandzkim odpowiedniku Biedronki – Bonusie, którego symbolem jest sympatyczna świnka-skarbonka – postanowiliśmy udać się na prawdziwy, islandzki obiad (cokolwiek miałoby to oznaczać). Perspektywa ta, pomimo wcześniejszego kontaktu ze wstrząsającymi cenami wydała się na tyle kusząca, że decyzja została szybko podjęta. Skorzystaliśmy z oferty dnia w eleganckiej restauracji The Mulaberg znajdującej się w hotelu w centrum miasta. Do wyboru były dwa zestawy. Ten, na który ja się zdecydowałam, oprócz zupy oferował rzadko spotykaną w sklepach atlantycką rybę brosmę z puree i salsą. Całość wraz z nielimitowaną, krystaliczną wodą w wyjątkowo niskiej cenie równowartej ok. 60 zł.
Tuż po Akureyri naszym głównym celem stała się położona 10k m za miastem Chatka Mikołaja (Jólagarðurinn). Z przewodnika wyczytałam szczątkowe informacje o możliwości zakupienia w niej ozdób choinkowych z całego świata. Ekscytacja stopniowo rosła wraz z pojawiającymi się przy ulicy tabliczkami przedstawiającymi Świętego Mikołaja, ale zenitu sięgnęła gdy naszym oczom ukazała się być może nieco kiczowata ale genialnie wystylizowana chatka. Z zewnątrz co rusz napotyka się przeróżne ozdoby: a to doniczki w postaci mikołajowych butów, a to maleńkie domki czy jeszcze mniejszy kościółek. Można się nawet udać do świątecznej toalety! Obok domku znajduje się skrzynka na listy, gdyby ktoś akurat chciał podzielić się swoją listą marzeń 🙂 Wewnątrz poczułam niepohamowaną radość, gdy zobaczyłam rozpalony kominek, a nad nim powieszone skarpety z prezentami. Kiedy już na wejściu przywitał mnie intensywny zapach pierniczków, wiedziałam, że to miejsce na długo utkwi mi w pamięci. Oczy nie potrafiły ukryć zachwytu na widok najpiękniejszych ozdób świątecznych, jakie można sobie wyobrazić. Od drewnianych myszy, przez świnki, oryginalne choinki, błyszczące dziadki do orzechów na psich ozdobach wcale się nie zatrzymując. Dwupiętrowa chatka bezsprzecznie zajęła pierwsze miejsce w mojej klasyfikacji najoryginalniejszych sklepów w jakich dane było mi przebywać. Wizytę warto zakończyć z przynajmniej jedną, kolorową rózgą w ręce 🙂
Przemierzając wschodnie wybrzeże Islandii warto zajechać do przynajmniej jednego z wielu rybackich miasteczek, takich jak Djúpivogur czy Seyðisfjörður. Symbolem tego pierwszego jest Búlandstindur (1069 m. n. p. m.) – uznawana za jedną z najpiękniejszych, a już na pewno najbardziej charakterystycznych gór na Islandii, która kształtem przypomina piramidę.
Założona przez norweskich rybaków osada Seyðisfjörður jest bajkowo usytuowana pośrodku fiordu, co z pewnością przyczyniło się do przyznanego jej tytułu najpiękniejszego miasta Fiordów Wschodnich. Sceneria z powodzeniem mogłaby posłużyć jako pierwowzór krainy zamieszkiwanej przez Elsę i Annę z filmu Frozen :). W mieście można się natknąć na klasyczne, skandynawskie domki, co dodatkowo wzmacnia efekt klimatu północy. Do przyjazdu tutaj zachęca też największe w kraju stado dziko żyjących reniferów.

Comments

comments

4 komentarze

  1. Zdjęcia z Burj Khalifa są Twoje? Address Hotel się spalił w sylwestra i wygląda trochę inaczej…

    • globfoterka Reply

      Moje 😉 W Dubaju byłam w lutym zeszłego roku.

  2. Hej:)

    mogę dowiedzieć się jakim sprzętem nagrywasz filmiki?

    Pozdrawiam,

    • globfoterka Reply

      Cześć! 🙂

      Generalnie, do kręcenia filmików używamy dwóch urządzeń. Filmik z Islandii i Dubaju został nakręcony…telefonem – Sony Xperią Z3 Compact. Kolejny, z Wysp Kanaryjskich, który jeszcze nie został tutaj zamieszczony nagrywany był sportową, maleńką kamerką Xiaomi Yi Sport, natomiast w Indiach mieliśmy wyjątkowo GoPro. Zapraszam na mój fanpage na Facebooku, tam publikuję na bieżąco 🙂 https://www.facebook.com/globfoterka/

      Pozdrawiam!

Napisz komentarz