O Bieszczadach można pisać nieskończenie długo i pięknie.  Dla mnie ten wyjątkowo urodziwy i dziki zakątek Polski zawsze był czymś więcej niż tylko letnim wypadem w kojące okoliczności natury. To tutaj się urodziłam i wychowałam.

Zimowe wyjście w góry, nawet jeśli są tak niepozorne jak Bieszczady zawsze napawało mnie strachem. Głównie z powodu fatalnego krążenia krwi. Świadomość niestabilnej pogody w wyższych partiach i panujące tam trudne warunki skutecznie powstrzymywały mnie przed zdobywaniem szczytów zimą. Jasne, Bieszczady w porównaniu z Tatrami są znacznie bezpieczniejsze i mniej wymagające, ale nawet tutaj może stać się tragedia.

Strach nie przeszkadzał mi jednak marzyć o oglądaniu bajecznych i pomalowanych śniegiem krajobrazów. Ostatni rok spędzony w Laponii, nocowanie w igloo w górach i mnóstwo innych, fantastycznych atrakcji utwierdziły mnie tylko w przekonaniu, że zima może być piękna. I że ja tę zimę mogę przetrwać bez zakopywania się pod kołdrą na 3/4 dnia :). Sukces!

Pakując się na wyjazd do domu rodzinnego w Ustrzykach Dolnych przypomniałam sobie jak bardzo chciałam zobaczyć Bieszczady zimą. Zawsze uważałam, że góry są najpiękniejsze jesienią, kiedy drzewa mienią się różnymi kolorami i tworzą niepowtarzalny krajobraz. Jednak tak po prawdzie nie mogłam tego wiedzieć, skoro góry w snieżnobiałej szacie widziałam tylko na zdjęciach. Korzystając z posiadania specjalistycznej odzieży, którą zakupiłam jeszcze przed wyjazdem do Laponii, wrzuciłam do siaty kurtkę puchową, wełnianą odzież termoaktywną i śniegowce. Teraz wszystko było w rękach Matki Natury.

Mimo że jest końcówka grudnia, zima w Bieszczadach rozczarowuje. Skromne placki śniegu pokazują się tu i ówdzie, ale całościowo panuje raczej wiosna niż mroźna pora śniegu.  W dodatku aura jest dość parszywa i deszczowa. Nic przyjemnego. Mimo wszystko postanowiliśmy zaryzykować i wybrać się drugiego dnia świąt Bożego Narodzenia na Połoninę Wetlińską.

Rano przywitały nas bardzo intensywne promienie słońca, które były obiecującą zapowiedzią nadchodzącej wycieczki. Po dojechaniu do Brzegów Górnych i zostawienia samochodu na parkingu ruszyliśmy do lasu. Ścieżka była ładnie wydeptana, a warstwy śniegu usunięte. Mimo wszystko po pokonaniu 5 metrów zrobiło mi się tak gorąco, że byłam zmuszona rozbierać się niemal do koszulki ;). No cóż, przygotowałam się jak na K2, a termometr pokazywał zaledwie jeden stopień mrozu.

Żółty szlak, którym szliśmy był niemal całkowicie pusty. Podejście wydawało się dzięki temu dużo przyjemniejsze i wypełnione ciszą. Początkowo śnieg pokrywał tylko ziemię, ale po jakimś czasie dotarliśmy do drzew, których gałązki uginały się od białego puchu. Niebo miało wyjątkowo głęboki odcień niebieskiego, dzięki czemu całość wyglądała bajecznie. Pogoda trafiła się nam perfekcyjna!

Po wyjściu z lasu poczuliśmy intensywny wiatr. Miałam lekkie problemy z utrzymaniem równowagi, ale cały czas posuwałam się do przodu. Im bardziej zbliżaliśmy się do Chatki Puchatka, tym większy musiałam stawiać opór szalejącemu żywiołowi. W pewnym momencie nie wiedziałam w którą stronę iść, bo moje włosy przejęły kontrolę nad twarzą i tym co widzę ;). Robienie zdjęć musiałam chwilowo odpuścić. Jacek chciał pójść kilka kroków dalej i wyjść na szczyt, ale nie był w stanie wygrać z wiatrem. Weszliśmy więc do schroniska,  żeby napić się gorącej herbaty, trochę ogrzać i odpocząć. Cudowne uczucie siedzieć w bezpiecznym miejscu kiedy szyby aż trzeszczą od szalejącego wiatru.

Około godziny 11  zaczęliśmy schodzić już w dół. Zaczęło się robić tłoczno na szlaku i co kilka kroków spotykaliśmy ludzi wychodzących dopiero na szczyt. Nadal było przepięknie, ale światło nie nadawało się na robienie zdjęć.

Zima w Bieszczadach na zdjęciach

Ja na szczęście nie mogłam narzekać na możliwości fotografowania :). Zobaczcie tylko jak wspaniale było! Zima w Bieszczadach jest niesamowita.

Zachęcam do polubienia mojej strony na Facebooku, tam jest sporo takich zdjęć!

 https://www.facebook.com/globfoterka/

 

Comments

comments

1 Komentarze

Napisz komentarz