Wydawałoby się,  że Laponia to idealne miejsce do zamieszkania. Czy aby na pewno? Bezpośrednią inspiracją do powstania tego wpisu były zajęcia z języka szwedzkiego na Uniwersytecie Ludowym w północnej Szwecji, na którym aktualnie studiuję. Dość spontanicznie, na pół godziny przed zakończeniem lekcji dostaliśmy polecenie napisania tekstu, którego temat brzmiał „Przetrwać w Laponii.” Bez żadnych określonych form, bez podania wytycznych zabraliśmy się do bardzo subiektywnego przewodnika o tym jak mieszkać w zamarzniętym krańcu Europy, gdzie noc polarna funduje niemal permanentną ciemność i wciąż cieszyć się z tego faktu.

Jak dostać stypendium naukowe?

W styczniu, po nieznośnie długich dwóch miesiącach poszukiwań wymarzonego celu podróży na rok 2016, przyszedł dzień, w którym na elektronicznej skrzynce pocztowej pojawiły się bilety lotnicze na malezyjskie Borneo. Euforia. Ulga. Okres podróżniczej posuchy i niebezpiecznie dojrzewającej we mnie frustracji nareszcie dobiegł końca. W lutym, tuż po zakończonej sesji egzaminacyjnej leciałam doładowywać baterie nad włoskim jezioro Como. W międzyczasie dowiedziałam się o możliwości wyjechania na stypendium naukowe do Szwecji. Każdego roku jeden student z całego, pięcioletniego kierunku filologia szwedzka na Uniwersytecie Jagiellońskim otrzymuje niebywałą szansę wyruszenia w swoją prawdziwą, wypełnioną rozmaitymi wrażeniami, szwedzką przygodę. Wykładowcy na podstawie listu motywacyjnego, a także ogólnej oceny studenta, jego zaangażowania, umiejętności i osobowości wybierają swojego kandydata.

Kto nie ryzykuje, ten nie zyskuje!

Prawdę mówiąc swoje szanse na otrzymanie takiego stypendium oceniałam jako dość marne. Przecież TO może zdarzyć się tylko tym najlepszym spośród najlepszych, a ze mnie żaden tam student ze średnią 5.0. Jednak żeby niczego nie żałować i spać z czystym sumieniem postanowiłam zaryzykować i dla świętego spokoju w dniu powrotu z Włoch, który był także ostatnim dniem wysłania zgłoszenia, napisać coś sensownego i puścić w świat. Chyba nie muszę wspominać jak bardzo zmęczona wtedy byłam po kilku dniach kilkunastokilometrowych marszów z plecakiem, włącznie z zasuwaniem o 5 rano na lotnisko na nogach 😉 Chociaż… patrząc na dwa poniższe zdjęcia z tego miejsca, nie mam ani grama wątpliwości, że było warto.

Instytut Szwedzki przyznaje stypendium

W lutym wraca do mnie informacja zwrotna. Zostałam wybrana. Szok. POTĘŻNY szok i długo utrzymujące się niedowierzanie. Ale jakoś tak brak radości. Z jednej strony świadomość, że właśnie dzieje się coś o czym nawet nie śmiałam marzyć, a z drugiej zrujnowana perspektywa wrześniowego obserwowania w dżungli nosaczy sundajskich (gatunek małpy) i poznawania zakamarków indonezyjskiego Bali. Z lekkim żalem porzuciłam pomysł podróży do Azji, w której jestem bezgranicznie zauroczona i postawiłam wszystko na tę nową, a jednak niepowtarzalną i kuszącą kartę. W taki sposób znalazłam się w niewielkiej grupie studentów z całego świata, którym Instytut Szwedzki ufundował kilkumiesięczną edukację na Uniwersytecie Ludowym, a w tym także pobyt oraz comiesięczne kieszonkowe. Brzmi wręcz absurdalnie dobrze, nieprawdaż? Lapoński sen staje się bardziej realny niż kiedykolwiek.

Wyjazd do Laponii

Ok, ale dlaczego właściwie wybrałam Laponię? W końcu kto normalny chce jechać na koniec świata, walczyć z parszywym zimnem i łapczywie wyczekiwać skąpych promieni słonecznych? Kto mieszkający dotychczas w dużym mieście, wypełnionym po brzegi ludźmi, kulturą, rozrywkami i wciąż nieodkrytymi restauracjami zupełnie naturalnie odnajdzie się w gminie zamieszkiwanej przez 5 tysięcy ludzi, w której niemal jedynymi miejscami, gdzie wydaje się pieniądze są dwa markety? No właśnie. Ja chciałam jechać tam, gdzie nikt normalnie nie dociera. Poczuć harmonię z naturą, której nikt i nic tutaj nie zakłóca. Leżeć w białym puchu sięgającym po uda i patrzeć na ten intrygujący pokaz najsubtelniejszej baletnicy, która w magiczny sposób rozsypuje na niebie gwiazdy, dekorując je zieloną mgiełką.

Zazwyczaj nie ma się wpływu na to w jakiej części Szwecji otrzyma się stypendium naukowe. Marzysz o południu? To nic, Instytut Szwedzki wyśle Cię na mroczną Północ jeśli właśnie tam znajdzie się dla Ciebie wolne miejsce. Szukając wymarzonego Uniwersytetu Ludowego wpisywałam po kolei w Google wypunktowane miasteczka leżące w Laponii, aż trafiłam na STORUMAN. Pomyślałam wtedy: oj, właśnie tam chcę jechać! Trzy miesiące później przyszła odpowiedź, że zostałam przyjęta do dokładnie tej szkoły, którą sobie wymarzyłam we wniosku.

Laponia – renifery i Święty Mikołaj?

Z rozbawieniem przyjmowałam reakcje bliskich na wieść o tym, że wybieram się do Laponii i że spędzę tam co najmniej kilka miesięcy. Większość zgłaszała chęć przekazania mi listu z życzeniami, który to miałabym osobiście wręczyć do rąk ukrywającego się z reniferami na Północy Świętego Mikołaja. Część z zaskoczeniem powtarzała słowa: „Do Laponii???? To znaczy gdzie właściwie?”. Nie wiedzieć czemu, Laponia jako kraina geograficzna kojarzona jest przede wszystkim z Finlandią. W rzeczywistości rozpościera się na północnych terenach aż 4 krajów: Norwegii, Szwecji, Finlandii i Rosji. Ja, jako studentka filologii szwedzkiej na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie wybierałam się oczywiście do ojczyzny Ikei.

Pomimo doświadczenia opartego na kilkudziesięciu zagranicznych wyjazdach, niezłomnej wiary w ludzkie możliwości i odwagi, której na całe szczęście nie można mi odmówić, kotłowanie się z myślami dotyczącymi półrocznego wyjazdu do mrocznej i wyludnionej Laponii było chyba nieuchronne. Zastanawiałam się: A jak mi tam będzie? Jakich ludzi spotkam? Poradzę sobie? Momentami wręcz podejrzewałam siebie o kompletny brak rozsądku w związku z tą irracjonalną fascynacją Laponią. Co to w ogóle za pomysł? Ja? Ja, która w poprzednim życiu na pewno była bezkarnie wylegującym się całymi dniami kotem, który ponad wszystko cenił sobie ciepło i odpoczynek? Przecież to czyste szaleństwo!

Przygotowania do wyjazdu do Laponii

Dyrektor szkoły napisał, że w miejscu do którego się wybieram, panują srogie zimy. No dobra, to co ja mam właściwie ze sobą zabrać? O mateńko, gdzie ja jadę? Tu właśnie rozpoczął się etap poszukiwań całego sprzętu, który miałby uchronić mnie przed zamarznięciem na śmierć. Mam wyjątkowo kiepskie krążenie, co objawia się między innymi wiecznie lodowatymi dłońmi i stopami. Wymogi względem ubrań miałam dość trudne do wzajemnego pogodzenia:

1. Dające możliwie jak największy komfort cieplny w ekstremalnych temperaturach.
2. Nie rujnujące mojego zaplecza finansowego.
3. Dobre jakościowo.

Z w miarę satysfakcjonującym skutkiem udało mi się osiągnąć cel. Śniegowce gotowe, buty z wełny merynosa gotowe, puchowy płaszcz gotowy, gotowa też jest alpinistyczna kurtka. Czas się zwijać. Ostatecznie w dniu wylotu wyglądałam mniej więcej tak:

co można byłoby podsumować dość żartobliwym scenariuszem:

W rolach głównych:
1. Emilia, 48 kg wagi.
2. Cały dobytek około 40 kg wagi.
Miejsce akcji:
Szwedzka Laponia

Laponia – czy warto?

W Laponii jestem już trzy miesiące. W moim wydaniu to najdłuższy jak do tej pory pobyt za granicą. Bywa różnie. Czasami niewiarygodnie cudownie, a czasami kompletnie do bani. Jednak bilans ma zdecydowanie wartość dodatnią. Niemal na samym początku tej szalonej przygody pisałam:

„Wciąż nie wierzę, że jestem w Laponii. Dzisiaj oficjalnie rozpoczęłam swoje kilkumiesięczne stypendium. Jestem jedyną przyjezdną, otoczoną z każdej strony przez samych Szwedów z różnych regionów kraju. Pobyt tutaj, to przede wszystkim ogromne wyzwanie językowe, któremu pomimo to zamierzam sprostać. Początki zawsze są trudne. Ale ile rozpalonych ognisk, malowanych zorzą nocy polarnych, kubków błogiej herbaty wypitych w środku lasu, górskich wędrówek, poranków nad zamarzniętym jeziorem czeka tutaj na mnie? Tego nie wie chyba nikt. Dzisiaj po raz pierwszy w życiu pływałam kajakiem. Hop, na głęboką wodę, po wcale niemałym jeziorze. Niech odwaga nigdy mnie nie opuszcza.”

Życie w Laponii vs. życie w Krakowie

Zanim tu przyjechałam, w dokumentach, które otrzymałam od Instytutu Szwedzkiego znalazła się między innymi informacja-ostrzeżenie przed tym, że taki kilkumiesięczny pobyt w malutkim miasteczku z dala od cywilizacji rodem z wielkich metropolii może poskutkować szokiem i złym samopoczuciem. Cóż, dla mnie osobiście nie było to nie wiadomo jakiej rangi wyzwanie. Pochodzę z Bieszczad i tam też spędziłam dobrych kilkanaście lat swojego życia. Nie straszne mi były braki rozrywek, wykwintnych restauracji i tabunów nowych ludzi. Co prawda kilka ostatnich lat upłynęło mi na podróżowaniu i zamieszkiwaniu Krakowa, który zawsze dostarczał wielu bodźców i możliwości. A teraz nie dojeżdżam pół godziny tramwajem na uczelnię, nie chadzam do galerii handlowej ani nie jestem otoczona setkami obcych ludzi. Jednak to, co ogromnie doceniam w pobycie w Laponii to fakt, że oddycham krystalicznie świeżym powietrzem, zachwycam się błyszczącym jak brokat śniegiem, obserwuję na niebie Drogę Mleczną i magiczną zorzę polarną. Odczuwam czystą przyjemność z obcowania z naturą w stopniu, który mnie koi na tym zamarzniętym krańcu Europy.

Laponia – ciemność i zimno?

Lubię swoje życie w Krakowie. Z tym większym zaskoczeniem przyjęłam fakt, że ten nowy etap życia w Laponii też zdążyłam polubić i przyjąć jako coś zupełnie naturalnego. Nie myślę już tak często o tych wszystkich przedmiotach, których zakup sobie wmawiałam. Nie porównuję się stale do innych. Nie stoję codziennie przed szafą zastanawiając się w co mam się ubrać. Tutaj każdy wygląda jakby właśnie zszedł ze stoku narciarskiego. Nie mam oczywiście pewności, że jest to stan rzeczy, który już taki pozostanie, kiedy przyjdzie mi pożegnać się z nowym, przejściowym domem. Jednak okres tych kilku miesięcy okaże się bardzo cenny w ostatecznym rozrachunku. Nie pamiętam kiedy ostatni raz poświęcałam tyle uwagi i czasu na obserwowanie przyrody. A cieszy mnie ona okrutnie :). Z radością wybiegam z internatu kiedy śnieg błyszczy w blasku słońca i spaceruję aż cała zesztywnieje z zimna. Co z tego, że jest początek listopada, a na termometrze -13 stopni? Trochę obawiałam się o swoje samopoczucie, które zostało niejako wystawione na próbę. W końcu jestem tu kompletnie sama. Ciemność i zimno postrzegałam jako wysysające energię upiory, które czają się za każdym rogiem i próbują mnie stłamsić.

Laponia – dziki i przepiękny region

Dzięki pobycie za granicą. zaczęłam bardziej doceniać co mam. A mam przecież ogromnie dużo. I zamiast się złościć, że dzień jest taki krótki, a szans na korzystanie ze słońca niewiele, wypatruję zorzy polarnej. Bo przecież ciemność przeradza się czasem w najpiękniejszy, kolorowy spektakl natury. Wprawdzie podwyższony entuzjazm i ekscytacja tym, co nowe nieco ustąpił miejsca lekkiej tęsknocie i różnym refleksjom, to nadal postrzegam ten pobyt w Laponii jako niesamowicie wzbogacające przeżycie. Bo Laponia jest cudowna i dzika. Uwierzcie mi.

Piszę na bieżąco na: https://www.facebook.com/globfoterka/ Zaglądnijcie! 🙂

Comments

comments

2 komentarze

  1. Tam jest po prostu cudownie! Byłam kiedyś w Laponii, ale w fińskiej części. Od lat marzę o powrocie w tamto miejsce. Twój post przypomniał mi, że trzeba to zrealizować <3

    • globfoterka Reply

      Jest! Ja wróciłam stosunkowo niedawno, a tęsknię niewyobrażalnie. Miejsce, które zostaje w sercu. 🙂

Napisz komentarz