W 2016 roku…

Nie kupiłam nowego telefonu.

Nie sprawiłam sobie nowego sprzętu fotograficznego .

Nie wymieniłam chłopaka na lepszy model (bo takowy zwyczajnie nie istnieje J )

Nie nauczyłam się gotować.

Nie zrobiłam nowego tatuażu, ani nawet nie powiększyłam starego.

Nie nauczyłam się nowego języka obcego.

Nie przeczytałam stu książek.

Nie zaoszczędziłam pieniędzy.

Nie żyłam każdym dniem, jakby to miał być ostatni.

Nie zrobiłam prawa jazdy.

Nie napisałam pierwszej książki.

Nie mówiłam rodzinie jak bardzo ją kocham, tak często jak powinnam to robić.

Nie przestałam nałogowo jeść słodyczy.

Nie ćwiczyłam regularnie i nie zrobiłam sylwetki kulturystki.

Nie grałam zbyt często ani na gitarze, ani na ukulele.

Nie nagrałam żadnej piosenki w całości.

Nie pojechałam na Borneo oglądać nosaczy sundajskich.

Nie śniłam na Jawie.

Nie zaczęłam pisać pracy magisterskiej.

Nie wyszłam za mąż, ani nawet się nie zaręczyłam.

Ale…

Po latach podróżowania zaczęłam pisać bloga i z pomocą niezastąpionego chłopaka prowadzić stronę podróżniczą, która stała się moim prężnie rozwijającym dzieckiem.

Budziłam się z nieziemskim widokiem na jezioro Como we włoskich Alpach.

Jadłam prawdziwą, pyszną pizzę w Bergamo.

Piłam włoskie cappuccino nad jeziorem skąpanym w  blasku zachodzącego słońca.

Zostałam niesamowicie doceniona i wybrana przez wykładowców z Uniwersytetu Jagiellońskiego do półrocznego stypendium w Szwecji.

Spałam na plaży na jednej z Wysp Kanaryjskich.

Oglądałam kolejny, bajeczny zachód słońca leżąc na wydmach na Gran Canarii.

Grzałam się bezwstydnie w słońcu, podczas gdy w Polsce wiało zimnem.

Jadłam świeże owoce morza w porcie w Hiszpanii.

Próbowałam najlepszych pączków na świecie w… Katowicach!

Wyprowadzałam na spacer ogromnego doga niemieckiego, wspierając w ten sposób jego schorowanych właścicieli.

Zostałam przyjęta na kilkumiesięczne stypendium w Laponii opłacone przez Instytut Szwedzki.

Miałam swoje własne, niespodziankowe przyjęcie urodzinowe i 22-kę obchodziłam w wyborowym gronie najbliższych J

Zdobyłam wykształcenie wyższe i teraz mogę powiedzieć, że jestem… no właśnie. Filolożką szwedzką? 😛

Unosiłam się na wodzie w Morzu Martwym.

Spróbowałam czterech nowych owoców: karamboli (star fruit), opuncji (kaktus), rambutana i kumkwata.

Tańczyłam na bosaka na plaży w Tel Avivie, przypadkowo biorąc udział w tamtejszym beach party.

Stałam przy Ścianie Płaczu.

Spoglądałam na Jerozolimę z Góry Oliwnej.

Pływałam pierwszy raz w życiu kajakiem.

Wyjechałam sama, samiuteńka na Północ i spełniłam swoje marzenie o pomieszkaniu w innym kraju.

Zakochałam się  w Laponii.

Spełniłam kolejne marzenie oglądając zorzę polarną, czyli najpiękniejszy spektakl Matki Natury.

Udzieliłam wywiadu w szwedzkim radiu.

Głaskałam renifera i poznałam jego samskiego właściciela.

Wygrałam rejs do Finlandii dla dwóch osób.

Odkrywałam uroki dzikiej Laponii w towarzystwie mojej rodziny i ukochanego człowieka J

Poznałam nowych, szwedzkich przyjaciół i kulturę kraju, który jest mi coraz bliższy.

Na podróżniczym dziale stronie gazeta.pl  pojawił się artykuł o mnie i o zorzy polarnej uwiecznionej na moich zdjęciach.

Poleciałam dzień po powrocie z Laponii do Maroka  z trójką, kompletnie nieznajomych mi osób.

Piłam nieprzyzwoicie słodką herbatę po marokańsku, zajadając się tradycyjnym daniem w postaci tadżina.

Budziłam się w pokoju z widokiem na góry Atlas.

Szyłam na maszynie do szycia po raz pierwszy w życiu.

Byłam szczęśliwa.

Niczego nie żałuję. Coś nie wyszło, coś się popsuło, coś spowodowało ogromne rozczarowanie i powódź niepohamowanych łez, ale… niezależnie od tego, wydarzyło się mnóstwo dobrych rzeczy, które przeszły moje najśmielsze oczekiwania. Nad 2016 rokiem wisiało widmo niepowodzenia, bo jak można było konkurować z poprzednim ,2015, który był wypełniony intensywnymi podróżami do 12 państw? Dało się w ogóle? A jednak. Na horyzoncie pojawiły się niespodziewanie rzeczy, tak niesamowite, że aż niemożliwe. To był absolutnie wyjątkowy rok, który wzbogacił mnie o niepowtarzalne doświadczenia i udowodnił jak sprawcza jest siła marzeń.

Gdyby nie fakt, że jestem mega szczęściarą, nie wiem czy i kiedy ten blog w ogóle by powstał.  Trzy lata temu pojawił się w moim życiu cudowny człowiek, który daje mi tak bardzo potrzebne,  niewyczerpane pokłady ciepła i wsparcia. Czuwa nie tylko nade mną, ale i nad każdym, dobrym przedsięwzięciem, którego się podejmuję. Nie skłamię, jeśli napiszę, że ta strona, to nasze wspólne dzieło.  Myślę, że każdy chciałby mieć takiego Jacka w swoim życiu…

Write A Comment