Dwa tygodnie obserwowania cen biletów lotniczych w różne, egzotyczne zakątki świata, dziesiątki bombardujących podświadomość wątpliwości i jedna, ostateczna decyzja. Jadę sama do Wietnamu! Do dyspozycji mam 10 dni i choć bardzo bym chciała, nie zdążę dotrzeć do północnych krańców największego kraju Indochin.

Zamiast bezpiecznego wariantu zakładającego zrobienie sobie bazy w jednym miejscu, wybieram opcję, dzięki której zobaczę możliwie jak najwięcej. Będę przemieszczać się w tę i we w tę z moim skromnym plecakiem i przewieszonym na szyi aparatem bez którego nie wyobrażam sobie rozpoczęcia podróży. Za swój cel obieram Wietnam Południowy. Interesuje mnie przede wszystkim natura i zapadające w pamięć krajobrazy, dlatego jestem zdeterminowana szukać ich wszędzie gdzie się da.

O tym, że w Wietnamie są wydmy (w dodatku o dwóch kolorach!) dowiedziałam się tuż po zakupie biletów, czyli dopiero trzy dni przed wylotem. Nie miałam jednak wątpliwości, że muszę i przede wszystkim chcę je zobaczyć.

W Wietnamie bez skutera jesteś jak bez nogi

Problem pojawił się wtedy, kiedy uświadomiłam sobie, że jestem motoryzacyjnym beztalenciem i wynajęcie skutera, który miałabym zupełnie sama okiełznać stanowiłoby zagrożenie nie tylko dla mojego życia, ale też dla całego, skomplikowanego ruchu drogowego. Najwygodniejszy i najpopularniejszy sposób poruszania się po Wietnamie został właśnie definitywnie wykreślony z listy.

Jak więc dostać się do białych wydm? Łudząc się, że poznam w trakcie podróży osobę, której mogłabym bezkarnie wskoczyć na skuter zarezerwowałam nocleg w obleganym hostelu w sercu nadmorskiego kurortu – Mui Ne. Stamtąd do białych wydm, nazywanych też White Sand Dunes, Bau Trang, czy White Lake dzieliło mnie raptem 25 km i 40 minut. Przybytek faktycznie roił się od młodych ludzi z całego świata, ale w kręgu ich zainteresowań priorytetowe miejsce zajmowały niestety imprezy i wylegiwanie się przed basenem. Czyli zupełne przeciwieństwo moich pragnień.

Zostały mi więc jeszcze dwie opcje. Zaczęłam od dokładnego zbadania pierwszej z nich.

-Dzień dobry, w jakiej cenie mają Państwo wycieczkę na wydmy?

-400 tysięcy w grupie (około 60 zł).

-Aha… To dziękuję.

-Ale dla Ciebie może być jedyne 300 tysięcy!

-Ok, dzięki, bye!

Zasada numer 1: nigdy nie gódź się na pierwszą cenę!

Chodząc od biura do biura, pytając w hostelu i sklepie znalazłam w końcu ofertę za 100 tysięcy, czyli 15 zł. Mogłam wybrać pomiędzy wycieczką z oglądaniem wschodu, albo zachodu słońca. W programie oprócz białych wydm znajdowały się jeszcze trzy inne miejsca: czerwone wydmy (nazywane Red Sand Dunes, albo Yellow Sand Dunes w zależności od biura), wioska rybacka (Fishing Village) i coś w rodzaju niewielkiego kanionu – Fairy Stream określanego także jako Fairy Spring. Wyjazd na wschód słońca rozpoczynał się o 4:30 i kończył około 4 godziny później w miejscu, w którym klient miał wykupiony nocleg. W jeepie z prywatnym kierowcą miało być łącznie 6-8 osób.

Choć wydawałoby się, że znalazłam świetne rozwiązanie na poznanie uroków południowego Wietnamu, to ja wciąż nie do końca byłam przekonana do tego pomysłu. Być może dlatego, że przeczytałam anglojęzyczny artykuł, w którym podróżnicy szczerze podzielili się swoimi wrażeniami. Po prostu pokazali jak ta konkretna wycieczka wygląda od kuchni. Bazując na swoich doświadczeniach z podróżowania w grupie wiem, że ich relacja nie była próbką narzekania czy wyolbrzymiania, a zwykłego podsumowania wyjazdu z obcymi ludźmi.

Uroki podróżowania w grupie

Jeżdżenie w grupie wiąże się z niemal ciągłym dążeniem do osiągania kompromisów i dostosowywania się do reszty. Jest się trochę bezsilnym wobec zachowania innych, nawet jeśli przynosi ono ogólną szkodę. Z relacji tych podróżników wynikało, że przez to, że jeden z uczestników wycieczki zaspał, grupa się spóźniła i nie mogła podziwiać wschód słońca. W innym miejscu jakaś para zignorowała godzinę zbiórki i nie przyszła o wskazanej godzinie. Przez to cała reszta musiała czekać zamknięta w rozgrzanym jeepie. Ktoś, kto wstał o 4 rano i nie zobaczył obiecanego mu przez agenta wschodu słońca miał prawo się wściec i wrócić rozczarowany.

Perspektywa powtórzenia takiego scenariusza naprawdę mocno mnie odstręczała. Nie znoszę być poganiana i wożona w różne miejsca tylko po to, żeby zrobić w pośpiechu kilka zdjęć i ruszać dalej. Lubię wyznaczać swoje własne tempo i chłonąć atmosferę otoczenia, w którym się znajduję. Zwłaszcza, kiedy jest uderzająco piękne i kojące. Wolę przez 20 minut fotografować jeden obiekt niż pędzić za tłumem, by móc odhaczyć jak najwięcej obowiązkowych punktów. Z tak skrajnie indywidualistycznym podejściem do podróżowania średnio nadawałam się na tego typu wycieczkę. Prawdopodobieństwo, że wrócę rozgoryczona było dość wysokie.

Prywatna wycieczka jednak nie taka prywatna

Dlatego sprawdziłam drugą, wyraźnie droższą opcję. Za prywatnego jeepa z kierowcą miałabym zapłacić 5 razy więcej niż za wycieczkę z grupą. 75 zł za swobodę nie wydawało się jednak koszmarną kwotą. Mimo że podróżuję niskobudżetowo i raczej oszczędzam gdzie się da, mocno rozważałam taki wariant. Zrezygnowałam dopiero wtedy, kiedy Pani w biurze wyprowadziła mnie z błędu. Prywatna wycieczka trwałaby raptem godzinę, maksymalnie dwie dłużej, a nie tak jak sądziłam – cały dzień. Myślałam, że jeśli zapłacę za osobne auto z kierowcą, to będę mogła w pełni decydować ile czasu spędzę w danym miejscu. W takich okolicznościach pięciokrotnie droższa wycieczka nie miała większego sensu.

Chwila grozy zakończona sukcesem

Kiedy jeep następnego dnia nie przyjechał na czas, zaczęłam się lekko martwić. Patrzyłam nerwowo na telefon i zastanawiałam się czy aby przypadkiem nie dałam się oszukać. Zaczęła we mnie rosnąć niepohamowana złość. Po 15 minutach pojawił się jednak dość mocno zużyty, jeśli nie po prostu rozklekotany rzęch z młodziutkim i wyluzowanym kierowcą w klapkach. Dla mnie stan samochodu nie miał w zasadzie znaczenia. Byłam po prostu skoncentrowana na dotarciu do wydm przed wschodem słońca. Z dziką satysfakcją patrzyłam jak nasz energiczny kierowca wyprzedza znacznie nowsze jeepy, które zmierzały w tym samym kierunku. Zaraz potem denerwowałam się gdy zatrzymywał się, żeby zatankować, albo odebrać gości z dziwnych miejsc. Naprawdę bałam się, że przegapimy wschód.

W końcu, razem z kilkunastoma innymi jeepami dotarliśmy na niewielki parking, gdzie na turystów czekały już quady. Za dość sporą opłatą (większą niż cała wycieczka) można było wskoczyć na taką maszynę i dostać się w kilka minut do najwyższego punktu wydm, skąd podziwiało się wschód słońca. Kierowcy z niecierpliwością czekali na kolejnych turystów, którzy chcieli wygodnie zasiąść na quadzie i wydać przy tym niemałą sumkę.

Do biegu, gotowi, start!

Ja nawet nie rozważałam takiej opcji, dlatego od razu przyspieszyłam kroku, żeby zdążyć wspiąć się na pagórek o własnych siłach. Korzystając z latarki w telefonie (było jeszcze ciemno) i obserwując kierunek, w którym zmierzają quady dotarłam na miejsce z językiem na brodzie po około 15 minutach biegu. Kondycyjnie było to dość mordercze wyzwanie, bo na pustyni jeden krok do przodu jest równoznaczny z dwoma do tyłu. Presja czasowa i różne klamoty (w tym aparat) nie ułatwiały zadania. Za to myśl, że miałabym utknąć w jakimś kiepskim punkcie bez szans na zobaczenie czerwonej kuli mocno mnie motywowały do dalszego pędu.

Białe wydmy w Mui Ne to w końcu hit czy kit?

Od początku wiedziałam, że to doświadczenie będzie nieco odarte z magii przez tłum otaczających ludzi. Ciągły warkot quadów brutalnie rozjeżdżających wydmy i brzęczące tuż nad głową drony po prostu nie pozwalały docenić wyjątkowości tego miejsca. Sam wschód też początkowo nie zachwycił. Ba, czułam się wręcz rozczarowana! W zasadzie dopiero kiedy wszyscy spieszyli się do swoich jeepów, żeby zdążyć zrealizować program, słońce przybrało intensywnie czerwony kolor i pokazało się w pełnej krasie. Piasek z chłodnego i beznamiętnego beżu zamienił się w miękki dywan o cieplutkiej barwie. W tamtym momencie chciałam po prostu się na nim położyć i w pełni wyciszyć.

Wiedząc jednak, że nie mogę tego zrobić, poświęciłam całą swoją uwagę zdjęciom. Stałam nad jeziorem usłanym kwiatami lotosu i starałam się zarejestrować to, co właśnie przeżyłam. Musiałam zamknąć krajobraz w kadrze, żeby później móc go odtwarzać.  Wracać tam za każdym razem, kiedy tylko będę miała na to ochotę. Chyba mi się udało 😉.

Jeśli masz jakieś pytania lub chcesz podzielić się swoimi wrażeniami to napisz tutaj, albo w wiadomości prywatnej na mojej stronie na FB 🙂 https://www.facebook.com/globfoterka/

Inne teksty z Wietnamu:

Wiza do Wietnamu – instrukcja krok po kroku jak ją uzyskać

Ceny w Wietnamie w 2018 roku + kosztorys wycieczki

Czy Wietnam jest bezpieczny?

Jak podróżować po Wietnamie? Praktyczne wskazówki

 

32 komentarze

  1. Ale czad! zazdroszczę ale to bardzo pozytywnie! i gratuluje odwagi! będę tu zaglądać częściej!

    • globfoterka Reply

      To prawda, choć nie tylko w Azji, bo i w Afryce, Ameryce Południowej i może jeszcze w innych rejonach. Ale ja tym razem praktycznie w ogóle nie targowałam się w Wietnamie, bo proponowane mi ceny były uczciwe i nie zależało mi tak bardzo na niewielkiej różnicy. Jeżeli cena mi nie odpowiadała, to szukałam lepszej w przynajmniej kilku miejscach.

  2. Nie wiem jak to możliwe, że od ponad roku mieszkam w Wietnamie i nie wiedziałam, że są tu takie wydmy! Super tekst, teraz już wiem, gdzie się wybiorę na następny urlop! Pozdrowienia z Hanoi i zapraszam na kawę jakby udało Ci się jednak odwiedzić Północny Wietnam 🙂

    • globfoterka Reply

      Oooo, no to ekstra! Z Sajgonu to raptem 4 godzinki jazdy autobusem. Koniecznie odwiedź jeszcze pozostałe miejsca w okolicy.
      Dziękuję za zaproszenie! Chętnie z niego skorzystam jak znowu będę w pobliżu :). Pozdrowienia z Krakowa.

    • globfoterka Reply

      Dziękuję! Ja niestety też musiałam wracać, żeby móc jechać dalej.

    • globfoterka Reply

      Wietnam jest dość popularnym kierunkiem w Azji, ale trudno się dziwić, bo to bardzo bezpieczny, tani i ciekawy kraj.

  3. Bardzoooo fajnie się to czyta! Ja nigdy nie myślałam o Wietnamie jako swoim kierunku, ale może….po tej lekturze zacznę rozważać 🙂

  4. Nie jestem miłośnikiem zorganizowanych wycieczek. Tak jak napisałaś, ja też czasami wolę fotografować jeden obiekt 20 minut albo dłużej niż pędzić, aby odhaczyć kolejny obowiązkowy punkt programu. Piękne zdjęcia 🙂

  5. Ale jesteś odważna!! Ja boję się sama spać w domu a Ty podróżujesz na koniec świata sama! Oj PODZIWIAM 🙂
    I bardzo urzekły mnie Twoje zdjęcia! Ściskam ! 🙂

  6. Fajne widoki i bardzo lubię zdjęcia (szczególnie to z jeziorem :)), natomiast już wyobrażam sobie jak to musiało być uciążliwie z grupą. Też nie lubię w takich okolicznościach dostosowywać się do innych.

    • globfoterka Reply

      Dziękuję!
      Idealnym rozwiązaniem byłoby wypożyczenie skutera i pojechanie solo, ale niestety ta opcja nie wchodziła w rachubę :(.

    • globfoterka Reply

      Nie miałam wpływu na sytuację i ta niemoc była irytująca, ale na szczęście wyszło lepiej niż zakładałam! 🙂

  7. Wietnam bardzo mi przypadł do gustu, szczególnie jedzenie, bo bezpośrednio po Laosie i Kambodży przybyłam do Wietnamu wygłodniała urozmaiconego jedzenia. Południe i północ to zupełnie inne światy w Wietnamie i chętnie pojechałabym tam znowu.

  8. Ja też nie lubię zorganizowanych wycieczek. Wkurzają mnie ludzie, którzy hałasują, łażą, gdzie popadnie i włażą w kadr 😉 W ogóle, dla mnie cały taki wyjazd jest nierealny, bo sama też bym nie pojechała, ale podziwiam za odwagę 🙂

  9. Taka podróż to ciekawe doświadczenie. Podziwiam odwagę, ja na samotną podróż w ten zakątek bym się nie zdecydowała. 🙂

  10. Szkoda, że w tej „prywatnej” wycieczce nie mogłabyś zdecydować o ilości czasu, tylko dostosować się do nich. Trochę bez sensu, ale muszą na czymś zarobić.
    Piękne widoki.

  11. Moja mama była taka zachwycona miesięcznym pobytem w Wietnamie i ogromnie mi ten kraj poleca. Twoje zdjęcia też przepiękne!!! Jestem namówiona 🙂

Napisz komentarz