Planując wyjazd do Tanzanii, szukaliśmy różnych możliwości spędzenia czasu na Zanzibarze, gdzie mieliśmy spędzić około tygodnia. Natrafiliśmy na relacje z lekcji gotowania lokalnej kuchni. Do tej pory nie mieliśmy okazji doświadczyć tego typu atrakcji. Dodatkowo kuchnia afrykańska wydawała nam się wyjątkowo tajemnicza i egzotyczna, więc nie zastanawiając się długo zarezerwowaliśmy termin. Okazało się, że to był strzał w dziesiątkę!

Kierując się relacjami podróżnych zwiedzających Zanzibar przed nami, skontaktowaliśmy się z Sharą i Lutfią z restauracji Tangawizi Bistro. Wszystko udało się sprawnie zorganizować przez internet, w tym dokonać opłaty zaliczki koniecznej do potwierdzenia rezerwacji.

W dniu naszej lekcji mieliśmy spotkać się z Sharą na targu Darajani w Stone Town. Z początku trudno nam było zorientować się w okolicy i odnaleźć umówione miejsce spotkania, czyli bramę wejściową na targ znajdującą się od strony jezdni. Po chwili jednak udało nam się dostrzec Sharę – kolorowo ubraną, niską kobietę w średnim wieku z szerokim uśmiechem na twarzy. Po opłaceniu reszty kwoty za lekcję ustaliliśmy wspólnie, co będziemy gotować. Do wyboru mieliśmy kilka opcji, z których padło na danie rybne. Wtedy dołączyła do nas Lutfia, córka Shary, która miała w praktyce wprowadzać nas w tajniki kuchni zanzibarskiej.

Zakupy na targu Darajani

Całą czwórką udaliśmy się na targ na zakupy. Było to bardzo ciekawe doświadczenie, ponieważ oprócz kupna składników potrzebnych do przyrządzenia naszego menu, mogliśmy zadawać pytania także o inne produkty. Dowiedzieliśmy się w ten sposób m.in. jak wybrać najlepszego i najsłodszego kokosa.

Głównym bohaterem dnia miała być ryba. Na targu Darajani trudno szukać lodówek czy skrzynek z lodem. Wszystkie ryby i mięso leżą na gazetach i sprzedaje się je jednego dnia. Skutkiem tego jest niezbyt przyjemny zapach panujący na targu. Takie warunki mogą być odpychające dla przybyszów z Zachodu, ale nasze opiekunki pod żadnym pozorem nie kazałyby nam jeść czegoś nieświeżego. Przy stoisku sprzedawcy ryb mogliśmy wybrać, czy wolimy upichcić lucjana (ang. red snapper) czy barakudę. Wybór padł na tę drugą rybę, choć tak naprawdę żadnej z nich jeszcze wcześniej nie jedliśmy. Z zapakowaną w gazetę barakudą ruszyliśmy dalej.

Przejażdżka dala-dalą i farma przypraw

Po zakończonych zakupach pożegnaliśmy się z Sharą i udaliśmy się z Lutfią na przystanek dala-dala – lokalnego transportu publicznego w postaci małych, wypchanych podróżnymi busików. W zasadzie nas to ucieszyło, bo sami raczej nie zdecydowalibyśmy się na przejażdżkę dala-dalą, ale w towarzystwie Lutfii czuliśmy się bezpiecznie.

Musieliśmy pojechać na przedmieścia Zanzibar City do jednej z farm przypraw, w których organizuje się tzw. spice tour. Wykupiliśmy sobie pakiet składający się z oprowadzanie po farmie i lekcji gotowania. O samym spice tourze z naszym udziałem przeczytacie tutaj.

Lutfia czekała aż wrócimy w prowizorycznej altance przy wjeździe na farmę. Obok altanki stał kościół, w którym odbywało się akurat nabożeństwo. Chrześcijanie stanowią na Zanzibarze mniejszość w stosunku do dominującej grupy wyznawców islamu. Jednak odgłosy dobiegające z kościółka wskazywały, że są bardzo rozśpiewaną i rozradowaną społecznością 😊.

Gotowanie po afrykańsku

Lekcja okazała się wyjątkowa nie tylko z powodu jedzenia, jakie mieliśmy przyrządzać – ale także sposobu gotowania. Były to warunki, które my określilibyśmy jako polowe. Siedzieliśmy na ziemi i w takiej pozycji obieraliśmy i kroiliśmy warzywa. Nie szło nam to najlepiej, będąc przyzwyczajonym do pracy przy blacie. Lutfia była w tych zadaniach znacznie sprawniejsza od nas. Bieżącej wody nie było pod ręką. Nasza nauczycielka miała przygotowaną miednicę z wodą, którą oszczędnie i mądrze wykorzystywała. Gazowa kuchenka? Skądże! Potrawy były gotowane na rozżarzonym węglu drzewnym w powyginanych, metalowych garnkach. Właśnie tak się pichci w większości zanzibarskich domów.

Zanzibarska kuchnia jest melanżem wpływu licznych kultur, które zostawiły na wyspie swój ślad. Zaliczają się do nich między innymi arabskie, indyjskie czy też ostatnimi czasy chińskie tradycje kulinarne. Lutfia zapytana o ulubioną potrawę odpowiedziała, że jest nią ryż. Troszkę zaskoczyła nas ta odpowiedź, bo w naszej świadomości ryż to raptem dodatek. Ją z kolei zaskoczyła informacja, że w Europie do przyrządzania ryżu w formie risotto używa się wina. Pytała nawet czy nie jest się po tym pijanym! Ponieważ jest muzułmanką, użycie alkoholu w gotowaniu jest jej zupełnie obce.

Ach ten kokosowy ryż!

Jak się jednak okazało Lutfia przyrządziła najlepszy ryż, jaki jedliśmy w życiu. Ugotowała go w świeżo pozyskanym za pomocą specjalnego krzesełka z tarką mleczku kokosowym. Dzięki temu ryż nabrał słodkiego, delikatnego aromatu kokosa. Bezskutecznie próbowałem uzyskać podobny smak po powrocie do domu, używając mleczka z puszki – być może sekret tkwi właśnie w świeżości kokosowego płynu.

Z kolei wybrana przez nas na targu barakuda została ugotowana poprzez duszenie w warzywach – m.in. marchewce, papryce, cebuli, czosnku oraz pomidorach. Swój aromat oddał także użyty imbir oraz mieszanka przypraw. Zielonym dodatkiem do dania były gotowane liście manioku, które nieco przypominały szpinak. Efekt końcowy był wyśmienity – delikatny i słodko-kwaśny.

Nie zabrakło również deseru – małych, niezbyt kształtnych pączków smażonych na głębokim oleju. Niestety nie zapamiętaliśmy ich nazwy, ale zdaje nam się, że były to popularne w tej części Afryki mandazi.

Coś więcej niż gotowanie

Lekcja gotowania na Zanzibarze była z pewnością jedną z najlepszych rzeczy, jakie zrobiliśmy w Tanzanii. Między innymi dlatego, że to było tak naprawdę wielowymiarowe, kulturowe doświadczenie i wykraczało znacznie poza naukę przyrządzania potraw. Zakupy na targu z prawdziwymi ekspertkami, możliwość rozmowy podczas wspólnego gotowania oraz poznawanie lokalnych obyczajów i codziennego życia sprawiały, że końcowa uczta była raptem niezwykle przyjemnym zwieńczeniem bogatego w doświadczenia dnia.

Dodatkowo nie jest to wcale drogie. Aktualna cena za taką samą lekcję jak nasza ze spice tour w pakiecie wynosi dla grup 2-4 osobowych 35$. Jeżeli wybieracie się niebawem na Zanzibar gorąco zachęcamy do znalezienia jednego dnia na spotkanie z paniami z Tangawizi Bistro!

Tekst: Jacek

Zdjęcia: Emilka

Jeśli masz jakieś pytania lub chcesz podzielić się swoimi wrażeniami, to napisz tutaj, albo wysyłając wiadomość prywatną za pomocą maila albo na FB 🙂 https://www.facebook.com/globfoterka/

Przeczytaj też inne teksty z Zanzibaru i Tanzanii:

Aktualne ceny na Zanzibarze i w Tanzanii

Wynajem auta na Zanzibarze – praktyczne porady

Spice tour na Zanzibarze

Tanzania i Zanzibar na własną rękę

Safari w Afryce – dla kogo, za ile, gdzie i kiedy?

Ile kosztuje safari i dlaczego tak dużo?

It’s rough, it’s dirty but it’s an adventure! – noclegi i jedzenie na safari

Tarangire – tanzański dom słoni i baobabów

Comments

comments

Napisz komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.